Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 3: Val Sinestra - Val d'Uina - Schlinigpass (2311m) - Vinschgau
Etap 3: Val Sinestra - Val d'Uina - Schlinigpass (2311m) - Vinschgau

czwartek, 14 lipca 2005

Val d'Uina. Legenda... Głęboko wcinający się między skały kanion i droga wykuta w skalnej ścianie nad przepaścią. To chyba najbardziej spektakularne miejsce, przez jakie może prowadzić rowerowy Transalp.

Już przed wyruszeniem wiedziałem, że będzie to punkt kulminacyjny naszej wyprawy. Na zdjęciach widziałem ten kanion wielokrotnie, teraz nadszedł czas, by zobaczyć go na własne oczy.

Poranek wita nas przepięknym słońcem. Na intensywnie błękitnym niebie nie ma ani jednej chmurki. Zapowiada się następny wspaniały dzień...  Przed nami dalszy ciąg niedokończonego, wczorajszego zjazdu – 7 km i prawie 500 metrów różnicy poziomów. Mając jeszcze w pamięci ciężki zjazd z Fimberpass nie mamy nic przeciwko czemuś łatwiejszemu – asfaltowa droga pozwala zjechać bez wysiłku, a jak ktoś lubi, to można nawet nieźle się rozpędzić, na przykład do 72,9 km/h. Więcej wyciągnąć się nie udaje, pomimo tego, że kładę się na kierownicy by zmniejszyć opory powietrza, a przed kolejnymi zakrętami – serpentynami hamuję w ostatnim momencie. Ale i tak zabawa jest przednia. Nawet asfaltowe zjazdy mogą od czasu do czasu sprawić radochę. Dobrze że ruchu nie ma praktycznie żadnego.

Mijamy maleńkie miasteczko Ramosch i dojeżdżamy do głównej drogi prowadzącej przez dolinę Innu. Kilkaset metrów dalej skręcamy do położonej w dole miejscowości Sur En. Następna dziwna nazwa... Engadin to właściwie niemieckojęzyczna część Szwajcarii, ale nazwy wielu miejscowości i ulic są w języku retoromańskim.

W Sur En przejeżdżamy przez most na Innie i stąd, z wysokości 1120 m npm rozpoczynamy odrabianie straconej przed chwilą wysokości. Szutrowa droga prowadząca przez kończącą się owym słynnym kanionem dolinę Val d'Uina wznosi się stromo do góry. Za leżącą 330 metrów wyżej polaną Uina Dadora, nachylenie drogi staje się przyjemnie łagodne i można trochę odpocząć, bo kawałek dalej robi się znowu bardzo stromo. Na szczęście droga prowadzi prawie cały czas przez las, przyjemnie w cieniu. W takie dni jak dzisiaj, kiedy w słońcu termometr pokazuje 34 stopnie, jest to bardzo mile widziane.

Po godzinie i 45 minutach osiągamy położoną na wysokości 1764 m npm polanę Uina Dadaint. Z tego miejsca po raz pierwszy widać to, co czeka nas za chwilę. W pierwszej chwili wrażenie jest takie, że wpakowaliśmy się w ślepy zaułek. Otoczona z obu stron skalnymi ścianami dolina raptownie się zwęża i zamyka. Wydaje się, że stanęliśmy przed wysoką na kilkaset metrów zaporą nie do przebycia. Dopiero po chwili odnajduję wzrokiem nitkę drogi wykutej w skale wzdłuż lewego zbocza doliny, mniej więcej w połowie jego wysokości. Nooo, nieźle się to zapowiada! :)

Widok z hali Uina Dadaint...

...na kanion Val d'Uina

Uznajemy, że polana, do której dojechaliśmy jest dobrym miejscem na odpoczynek. Kładziemy się w trawie i przy okazji próbujemy wyrównać trochę naszą kolarską opaleniznę – zarówno na ramionach jak i na udach wyraźnie widać do którego miejsca sięgają rękawki trykotu czy nogawki od spodenek.

Po dłuższym polegiwaniu ruszamy w dalszą drogę. Nie więcej niż 800 metrów dalej naszym oczom ukazuje się cudna polanka Uina Dadaint. Widok na kanion jest stąd jeszcze lepszy, w dole płynie sobie strumyczek, no i... są jeszcze krowy. Pasą się. Krowy jak krowy, w sumie nic takiego... Ale te w Alpach, mają na szyi dzwonki. I przy każdym ruchu krowy taki dzwonek dzwoni. A jak krów jest dużo, to robi się z tego przeuroczy wprost koncert. Zupełnie jak w reklamie Milki... :) Zatrzymujemy się na chwilę, zauroczeni oboje sielankowością tego miejsca i żałujemy, że zrobiliśmy postoju właśnie tutaj.

Za halą Uina Dadaint droga się kończy, a zaczyna ścieżka. Nie wznosi się ona zbyt stromo do góry i znakomicie nadaje się do jazdy na rowerze. Da się nią podjechać mniej więcej do wysokości 1920 m npm. Tutaj zaczynają się skały. Jesteśmy przy ścianie zamykającej dolinę, w miejscu gdzie przekształca się ona w wąski i bardzo głęboki skalny kanion. Znakomicie widać stąd całą dolinę skąd przyjechaliśmy.

Spojrzenie wstecz na dolinę skąd przyjechaliśmy. Po prawej polana Uina Dadaint

Ścieżka wznosi się teraz kawałek bardzo stromo do góry

Podejście tuż przed kanionem Val d'Uina

Ścieżka wznosi się teraz kawałek bardzo stromo do góry, trzeba zsiąść i poprowadzić rower. Po chwili dochodzimy do wykutego w skale tunelu.

Za tunelem droga prowadzi przedziwnym korytarzem wykutym w pionowej skale. Nie jest ani szczególnie stromo, ani bardzo wąsko – droga ma nieco ponad metr szerokości, ale widok 150-metrowej przepaści po prawej stronie studzi raczej zapał do tego by wsiadać na rower. Zresztą szkoda byłoby jechać, bo wokół nas dzieją się takie rzeczy, że nie wiadomo w którą stronę głowę odwrócić.

Widok z pierwszego tunelu w dół doliny Val d'Uina

Kanion Val d'Uina - droga prowadzi wykutym w skale korytarzem...

...nad 150-metrową przepaścią

Dosłownie co kilkadziesiąt metrów przystajemy by rozejrzeć się wokoło i zrobić kolejne zdjęcia. Miejscami wykuty w skale korytarz jest odgrodzony od przepaści symboliczną barierką, ale nie wszędzie – w wielu miejscach żadnego zabezpieczenia nie ma, idzie się wprost nad przepaścią. 150 metrów niżej, głęboko, głęboko w dole, dnem kanionu płynie strumień. Przeciwległa ściana wydaje się za to być na wyciągnięcie ręki.

Miejscami droga prowadzi bezpośrednio nad przepaścią

Przeciwległa ściana wydaje się być na wyciągnięcie ręki

Kanion i dolina Val d'Uina

Coś niesamowitego. Trudno opisać to słowami. Nawet zdjęcia nie potrafią oddać niezwykłości tego miejsca. Niezapomniane przeżycie. Jedyne równie imponujące i robiące równie wielkie wrażenie miejsce, które przychodzi mi do głowy to Strada delle 52 Gallerie, czyli droga z 52 wykutymi w skale tunelami w masywie Pasubio, we Włoszech. Ale teraz już nie wolno jeździć tamtędy na rowerze.

Nie dla ludzi z lękiem wysokości...

Droga wykuta w skale przez kanion Val d'Uina

Kanion Val d'Uina - niezapomniane przeżycie

Kanion nie jest ani długi – ma raptem może około kilometra, ani trudny, ale jego przejście zajęło nam godzinę. Ale to wszystko przez te niesamowite widoki. W ciągu tej godziny, pewnie ¾ czasu zeszło nam na postoje, robienie zdjęć i podziwianie tej niesamowitej scenerii.

Wreszcie kanion się kończy i wychodzimy na łagodne, rozległe, całe porośnięte trawą siodło.

Po wyjściu z kanionu

Wylot kanionu Val d'Uina

Chyba trudno o większy kontrast. Jeszcze przed chwilą gołe, pionowe skały i przepaść, a kawałeczek dalej nagle łąka i łagodnie opadające zbocza. I taki niepozorny potoczek. Wyobrażam sobie, że gdyby iść od drugiej strony nie wiedząc nic o kanionie, zaskoczenie byłoby kompletne. Bo od tej strony nie widać go dosłownie do ostatniej chwili. Szło (albo lepiej oczywiście: jechało) by się łąką, przez łagodnie opadającą przełęcz, aż tu nagle za zakrętem całkowita zmiana dekoracji...

Po wyjściu z kanionu nagła zmiana dekoracji...

...zielona łąka i łagodnie opadające zbocza

Od miejsca gdzie kończy się kanion jest jeszcze 3 km do przełęczy. Jedziemy niezbyt stromo wznoszącą się ścieżką. Miejscami jest mocno kamienista i trzeba nieźle lawirować pomiędzy wystającymi skałkami, ale umówmy się, że w większości jest ona przejezdna – przynajmniej dla mnie.

Tuż przed przełęczą przekraczamy granicę – opuszczamy Szwajcarię i wjeżdżamy do Włoch. Wiadomo o tym jednak tylko z mapy, bo podobnie jak w dolinie Fimbatal, gdzie poprzedniego dnia wjeżdżaliśmy do Szwajcarii, tak i tutaj żaden znak o tym w wyraźny sposób nie informuje.

O 15:45 jesteśmy na położonej na wysokości 2311 m npm przełęczy Schlinigpass. To bardzo rozległe siodło bez wyraźnie widocznego punktu, który jest najwyższy. Na przełęczy jest też bardzo sympatyczne jeziorko i jest to miejsce znakomicie się nadające do tego by po raz kolejny wygodnie ułożyć się w trawie i podziwiać widoki. Na horyzoncie króluje widoczna w oddali majestatyczna, ośnieżona sylwetka potężnego, mierzącego 3905m szczytu Ortler. Przez kolejne dwa dni będziemy podążać w jego kierunku...

Przełęcz Schlinigpass (2311m) i granica między Szwajcarią a Włochami

Tuż za przełęczą. Na horyzoncie, po prawej, ośnieżony szczyt Ortler (3905m)

Po zjechaniu z przełęczy, odwiedzamy jeszcze położone tuż poniżej schronisko Sesvenna Hütte, a potem ruszamy w dół, w kierunku rozległej doliny Vinschgau, gdzie zamierzamy poszukać noclegu. Zjazd prowadzi szutrówką, jednak w górnej części, pierwszy odcinek za schroniskiem, mniej więcej do wysokości 2000 m npm wcale nie jest łatwy. Droga opada bardzo stromo w dół, a poza tym nie jest wcale taka gładziutka i równiutka. Szuter jest zdecydowanie grubszego kalibru, a w dodatku zupełnie luźny, więc hamowanie niekoniecznie skutkuje zmniejszeniem prędkości, a tylko pociągnięciem za sobą większej ilości kamieni. Beata, która bardzo nie lubi jak się jej grunt obsuwa pod kołami, wybiera wariant pieszy.

Droga szerokim łukiem omija urwisko – kolejną kilkudziesięciometrową ścianę skalną. Urwisko – Croda Nera prezentuje się całkiem imponująco, a uroku dodaje mu efektowny, choć nieduży wodospad.

Urwisko Croda Nera w dolinie poniżej schroniska Sesvenna Hütte

Dolina Schlinigertal, widok na Croda Nera i w stronę schroniska Sesvenna Hütte

W dalszej części zjazd jest już łatwiejszy, szutrowa droga robi się łagodniejsza i teraz również Beata może bez problemu jechać. Prowadzący przez dolinę Schlinigertal zjazd jest bardzo długi – to ponad 14 km nieustannie w dół. Na tym odcinku obniżamy się o ponad 1300 metrów. Jedziemy najpierw szutrówką, potem asfaltem, potem znowu szutrówką. Zjazd jest "fast and furious" – droga nie jest zbyt kręta i przy średnim nachyleniu prawie 10% w dół, rower błyskawicznie nabiera prędkości. Zjazd jest długi, więc hamulce mają tutaj naprawdę ciężkie zadanie. W rowerze Beaty klocki hamulcowe zaczynają podejrzanie śmierdzieć, więc instruuję ją "żeby tyle nie hamowała" ;)

Zjeżdżamy na wysokość około 1000 m npm, do szerokiej i rozległej doliny Vinschgau. Pomimo że to już wieczór, jest tu bardzo ciepło – czuć, że posuwamy się na południe i że klimat staje się bardziej śródziemnomorski – taki, z jakim zawsze kojarzą mi się Włochy.

W miejscowości Laatsch zatrzymujemy się na nocleg. Wybieramy kwaterę w jednym z domów, którego gospodyni okazuje się być bardzo sympatyczną starszą panią. Pokoik jest wyposażony bardzo prosto i skromnie, acz schludnie. Łóżka są wygodne, jest ciepły prysznic, czyli wszystko czego nam potrzeba. Po kąpieli, już bez plecaków (och, jakże lekko się bez nich jedzie! :) wyruszamy na poszukiwanie pożywienia. W Laatsch nie ma żadnej restauracji, więc kierujemy się do Mals. Miasteczko sprawia wrażenie nieco wymarłego, ale w końcu udaje nam się znaleźć odpowiedni lokal.

Po obiedzie, jako że nie jesteśmy zbytnio zmęczeni dzisiejszym krótkim etapem, a wieczór jest bardzo przyjemny i ciepły, robimy sobie jeszcze kilkunastokilometrową rundkę na rowerach po okolicy. Naszym celem jest Glurns, które jest podobno najmniejszym miastem we Włoszech. Miasteczko jest rzeczywiście bardzo małe, a ciekawostką jest to, że całe jest otoczone średniowiecznym murem obronnym.

Po powrocie do Laatsch nachodzi mnie jeszcze ochota by skorzystać z okazji i poćwiczyć trochę mój włoski, którego uczyłem się od prawie roku, lecz dotąd nie miałem okazji wypróbować w warunkach bojowych. Zastanawia mnie jednak, dlaczego wszystkie nazwy miejscowości, ulic i napisy są tutaj w dwóch językach – po włosku i po niemiecku. Zagadnięta o to gospodyni wyjaśnia mi (po niemiecku!) że Südtirol (czyli Tyrol Południowy) należał przed I wojną światową do Austrii i że większość ludzi nadal mówi tutaj po niemiecku. A co z włoskim? Parliamo anche italiano, ma non tanto – mówimy także po włosku, ale niezbyt wiele. No cóż, w takim razie będę musiał odłożyć ćwiczenie tego języka na później...

Dalej...