Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 2: Ischgl - Fimberpass (2608m) - Val Sinestra
Etap 2: Ischgl - Fimberpass (2608m) - Val Sinestra

środa, 13 lipca 2005

Drugiego dnia wyprawy poranek wita nas przepięknym słońcem i bezchmurnym niebem.

Parę minut po dziewiątej wyruszamy w drogę. Na początek kilka kilometrów lekko w dół. Po 15 minutach dojeżdżamy do Ischgl. W promieniach porannego słońca to niewiarygodnie zadbane i wypieszczone miasteczko wygląda po prostu ślicznie i nie możemy sobie odmówić półgodzinnej "rundki honorowej" po jego uliczkach.

Ischgl. W promieniach porannego słońca...

...to niewiarygodnie zadbane i wypieszczone miasteczko...

...wygląda po prostu ślicznie

Od Ischgl ruszamy w górę, w stronę doliny Fimbatal i zamykającej ją przełęczy Fimberpass. Przed nami solidny kawałek podjazdu, jako że Ischgl leży nieco poniżej 1400 m npm, a nasza przełęcz na 2608 m npm – na takiej wysokości w naszej rowerowej karierze nie jeszcze byliśmy!

Pierwszy odcinek, aż do stacji pośredniej kolejki linowej jest piekielnie stromy. Droga jest asfaltowa, ale pnie się w górę tak ostro, że nie chcąc się poddawać i zsiadać z roweru muszę jechać zygzakiem od jednej krawędzi jezdni do drugiej. Po zdobyciu w ten sposób niecałych 300 metrów wysokości stromizna wreszcie odpuszcza – nadal jest pod górę, ale teraz droga wznosi się już łagodniej. Za rozległą polaną Bodenalpe asfalt się kończy – dalej droga jest szutrowa. Od tego miejsca, dotychczas wąska i stromo się wznosząca dolina Fimbatal otwiera się i staje się bardziej płaska. Zaczynają się piękne widoki – powyżej Bodenalpe dolina robi się naprawdę śliczna. Tutaj, na wysokości około 2000 m npm robimy sobie przerwę. Wygrzewamy się na słońcu, leniuchujemy... Nigdzie nam się w końcu nie spieszy – w tym przecież cały urok, by, jak już się dojedzie w jakieś przyjemne miejsce, trochę się nim porozkoszować... :)

Powyżej hali Bodenalpe dolina Fimbatal otwiera się i staje się bardziej płaska

W górnej części doliny Fimbatal

No, ale kiedyś trzeba się jednak podnieść i jechać dalej. Droga wznosi się teraz w miarę łagodnie, a w promieniach słońca i przy bezchmurnym niebie świat zdaje się być jeszcze piękniejszy i radośniejszy. To właśnie ten odcinek, w górnej części doliny jest najprzyjemniejszy.

Po drodze spotykamy dwójkę bikerów – chłopaka i dziewczynę. Po plecakach bez pytania rozpoznaję, że to również transalpejczycy :) Wymieniamy uwagi, pytamy się nawzajem skąd i dokąd jedziemy, jaką trasą... Są Niemcami, wyruszyli dwa dni wcześniej od nas, z Oberstdorfu. Celem ich wyprawy też jest jezioro Garda. Wcale mnie to nie zaskakuje, bo to mekka bikerów, miejsce szczególne i najbardziej klasyczny z możliwych punktów zakończenia wyprawy transalpejskiej. Oni jadą jednak nieco inną trasą niż my. Opowiadają, że przez pierwsze dwa dni jechali w deszczu, i trzeciego dnia (kiedy już nie padało...) musieli zrobić dzień przerwy żeby wysuszyć ubrania. Tak więc, moja decyzja o tym, by ze względu na pogodę opóźnić wyjazd o dwa dni okazała się słuszna.

Fimbatal, w tle szczyt Fluchthorn (3399m)

W górnej części doliny droga wznosi się łagodnie...

...to właśnie ten odcinek jest najprzyjemniejszy

Niedaleko przed leżącym na końcu doliny schroniskiem Heidelberger Hütte przekraczamy granicę pomiędzy Austrią a Szwajcarią. Dobrze, że studiując mapę zwróciłem uwagę na jej istnienie, bo jadąc pewnie byśmy ją przeoczyli – jedynym znakiem świadczącym o tym, że opuściliśmy terytorium Unii Europejskiej jest mała, niepozorna tabliczka przy drodze.

Po trzech i pół godziny od momentu wyruszenia z Ischgl docieramy do położonego na wysokości 2264 m npm schroniska. W tym miejscu kończy się droga. Przed nami podejście – brakujące nam do przełęczy 350 metrów w pionie trzeba pokonać na piechotę, pchając rower.

Przez całą drogę w dolinie towarzyszy nam potoczek Fimbabach

W dolinie Fimbatal

Popas przy schronisku Heidelberger Hütte

Po obiedzie w schronisku i odpoczynku przy efektownych skałkach nieopodal, ruszamy dalej do góry, w stronę przełęczy Fimberpass. O jeździe nie ma mowy – jest zbyt stromo. Pchając rowery posuwamy się powoli lecz systematycznie do góry. Trudy wspinaczki wynagradzają widoki, które z każdym zdobytym metrem wysokości stają się rozleglejsze i ciekawsze. Białe, pierzaste chmurki na niebie rzucają na dolinę cienie o przedziwnych w kształtach i cała okolica wydaje się być jeszcze bardziej plastyczna i trójwymiarowa niż w rzeczywistości...

Początek podejścia na przełęcz Fimberpass

Widok na górną część doliny Fimbatal

W drodze na przełęcz

Po pierwszym stromym odcinku, gdzie ścieżka zygzakując pnie się mocno do góry, w środkowej części podejście staje się łagodniejsze. Na rowery jednak nie wsiadamy, ponieważ na ścieżce, którą prowadzi szlak jest sporo skalnych progów i kamieni, które zmuszałyby do zatrzymywania się co 10-20 metrów... Końcowy odcinek przed samą przełęczą jest znów bardzo stromy. Podchodzimy spokojnie, bez pośpiechu, pamiętając o tym by nie marnować niepotrzebnie sił, które będą nam jeszcze potrzebne przez kolejne dni wyprawy. Znakomitym pretekstem do tego, by co kawałek na chwilkę się zatrzymać i odsapnąć są widoki roztaczające się na otaczające nas potężne szczyty. Wzrok najbardziej przyciąga charakterystyczna, postrzępiona sylwetka wznoszącego się na 3399 m npm szczytu Fluchthorn.

Fluchthorn (3399m)

Do przełęczy już niedaleko...

Ostatni fragment podejścia na przełęcz Fimberpass

Po godzinie i 20 minutach od wyruszenia ze schroniska docieramy do położonej na wysokości 2608 m npm przełęczy Fimberpass. Z przełęczy roztacza się znakomity widok na drugą stronę. Góry po tej stronie są zupełnie inne niż tam skąd przyjechaliśmy. Tam było bardzo zielono, nawet wysoko położone stoki były porośnięte trawą. Po przeciwnej stronie wygląda to zgoła odmiennie – zbocza gór są niemalże zupełnie łyse – taka kamienna pustynia. Dla mnie wygląda to jednak znakomicie – przez tą surowość odnosi się wrażenie, że góry są jeszcze większe niż w rzeczywistości. Po tej stronie, w krajobrazie dominują dwa szczyty – liczący 3254m Stammerspitz i nieco odleglejszy Muttler (3294m).

Przełęcz Fimberpass (2608m) zdobyta!

Widok z przełęczy na 'drugą stronę'

Stammerspitz (3254m) i Muttler (3294m)

Stojąc na przełęczy staram się odnaleźć wzrokiem prowadzącą w dół ścieżkę. Sporo się o tym zjeździe naczytałem – że jest bardzo ciężki technicznie, ale przejezdny. Prawdziwe wyzwanie. Na niemieckim forum internetowym IBC (Internet Bike Community) wiele osób wymieniało go wśród najlepszych zjazdów w Alpach, określając mianem "holy trail". To coś dla mnie i dla mojego Blura :)

Beata lojalnie została uprzedzona przed wyjazdem, że tutaj może być ciężko i że w dół pewnie też będzie musiała trochę sprowadzać. Specjalnie się tym jednak nie przejęła, oznajmiając mi z uśmiechem, że już do tego przywykła... Puszczam ją przodem, a sam zostaję jeszcze kilka minut na przełęczy wiedząc, że i tak zaraz ją dogonię. Pierwsze metry tuż poniżej przełęczy okazują się być jednak i dla mnie zbyt wielkim wyzwaniem. Trzeba przełknąć gorzką pigułkę i sprowadzić rower – z pierwszych 100 metrów wysokości mimo szczerych chęci (i ambicji!) niewiele byłem w stanie zjechać.

Zjazd jest ciężki technicznie, ale przejezdny

Charakterystyczna skała podczas zjazdu z Fimberpass

Zjeżdżamy w stronę doliny Val Chöglias

Podczas zjazdu z przełęczy Fimberpass

Dalej było już lepiej. Poza kilkoma krótkimi fragmentami, które zmusiły mnie do zejścia z roweru, udało się zjechać wszystko. Tym niemniej, zjazd muszę ocenić jako bardzo ciężki – mnóstwo skał, kamieni, progów i uskoków. Zjechać się dało, ale muszę przyznać, że większa część zjazdu okazała się być bardzo wymagająca i męcząca.

Zjazd z Fimberpass - jest ciężko...

Może na zdjęciu nie wygląda bardzo groźnie, ale zjazd nie jest łatwy

To jeden z przyjemniejszych odcinków. Niestety, takich jest niewiele

Zjechawszy na dno dolinki układam się wygodnie w trawie wiedząc, że na Beatę przyjdzie mi poczekać dłuższą chwilę. Okolica jest tutaj cudownie spokojna, odludna i nieskażona jakimkolwiek przejawem cywilizacji. Wreszcie na horyzoncie pojawia się Beata. Widząc że sprowadza rower mam trochę wyrzutów sumienia. Jednak zamiast bluzgów, których się spodziewałem za to co jej zafundowałem, ona już z daleka radosnym głosem wita mnie informacją, że widziała jak sobie trzy kozice pomykały po skałach :) No cóż, mojej uwadze ten widok niestety umknął... Pewnie za bardzo się koncentrowałem na skałach pod kołami roweru...

Bardzo mnie ucieszyło to jej pozytywne nastawienie, bo wcale nie jest to oczywiste w przypadku kogoś, kto po ponad godzinie pchania roweru pod górę, później musi go półtorej godziny sprowadzać w dół... Ale ona podeszła do tego pogodnie i bezstresowo, po prostu maszerując sobie w dół w towarzystwie swojego roweru, oglądając widoczki, rozglądając się za kozicami i ciesząc przebywaniem w górach...

Do problemu sprowadzania roweru Beata podeszła zupełnie bezstresowo

Na wysokości około 2000 m npm wreszcie zaczyna się lepsza, szutrowo-kamienista droga pozwalająca już łatwo zjechać do położonej 200m niżej, maluteńkiej miejscowości Griosch. Zresztą "miejscowość" to za duże słowo. To skupisko kilku zaledwie domków ulokowanych na uroczej górskiej łączce. Stąd można byłoby jechać dalej szutrówką, ale ja, nie mając jeszcze dość wrażeń na dziś, zarządzam że odbijamy w ścieżkę w lewo. Przyjemny i łatwiutki singletrack prowadzi w dół przez łąki, a później przez las do położonej na końcu doliny Val Sinestra górskiej gospody Hof Zuort.

Za Zuort udaje mi się pomylić drogę i jak się później okazało jedyny raz podczas całej wyprawy zabłądzić. Jak zwykle chciałem wynaleźć jakiś fajny singletrack, tylko się niestety troszkę wpuściłem w maliny i wylądowaliśmy na, jak to Beata określiła, "ścieżce Indiana Jones". Na początku ścieżka była bardzo ładna. Dalej robiła się jednak coraz węższa i węższa, aż wreszcie doprowadziła nas do wiszącego na linach mostka. Za mostkiem było najpierw ostro w górę, później jeszcze ostrzej w dół i nawet iść z rowerem nie bardzo się już dało. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przyznać się do błędu i zawrócić. Nadłożyliśmy przez to co prawda tylko 1,5 km, ale zajęło nam to 45 minut...

Wracamy więc do Zuort. Tutaj odnajduję prowadzącą w dół, dobrą, szutrową drogę. Naprawdę nie wiem jak mi się ją udało za pierwszym razem przeoczyć... Jedziemy lekko w dół, trawersując lewe zbocze głęboko wcinającej się między zbocza gór doliny Val Sinestra.

W międzyczasie robi się dość późno (19:00), co mnie coraz bardziej niepokoi, bo nie mamy zarezerwowanego żadnego noclegu. Kiedy komórka łapie wreszcie zasięg dzwonię do pierwszego na mojej liście pensjonatu w najbliższej, położonej najwyżej w dolinie miejscowości o dziwnie brzmiącej nazwie Vna. Na szczęście nie ma problemu, są wolne pokoje. Vna okazuje się być maleńką górską miejscowością położoną na wspaniale o tej porze skąpanym w promieniach zachodzącego słońca zboczu głębokiej doliny.

W pensjonacie Arina jesteśmy jedynymi tego dnia gośćmi. Po ciężkim dniu apetyty nam dopisują, więc cieszy mnie to, że porcje spaghetti, które dostajemy są naprawdę duże. Po kolacji prysznic, szybka przepierka trykotów i spodenek rowerowych, a potem jeszcze rzut oka na to co nas czeka następnego dnia i zmęczeni kładziemy się do łóżek.

Drugi etap wyprawy, choć krótki, okazał się być znacznie cięższy od pierwszego (choć na papierze wydawało się, że stopień trudności będzie podobny). Do góry rzeczywiście było porównywalnie, jednak zjazd był dzisiaj dużo trudniejszy.

Dalej...