Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 1: St. Anton - Verbellener Winterjöchl (2308m) - Ischgl
Etap 1: St. Anton - Verbellener Winterjöchl (2308m) - Ischgl

wtorek, 12 lipca 2005

Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień...

Wstajemy o 7:30. Pomimo wczesnej (jak na moje przyzwyczajenia) pory tym razem nie mam jednak żadnych problemów żeby podnieść się z łóżka. Pierwsza myśl po przebudzeniu – jaka pogoda? Spoglądam przez okno – hmmm, jest dość ponuro, całe niebo zasnute ciężkimi, ciemnoszarymi chmurami, a w dolinie wisi mgła. Wszędzie mokro po całonocnym deszczu. Ale OK, może bybeć – grunt że nie pada.

Po śniadaniu zbieramy manatki i wychodzimy. Składamy rowery, ubieramy kurtki przeciwdeszczowe (bo jednak jeszcze leciuteńko mży), zakładamy pokrowce na plecaki i w drogę – na spotkanie PRZYGODY! Pomimo tego, że aura nie nastraja zbyt optymistycznie, nasze humory są znakomite. Mnie ogarnia wręcz euforia – oto właśnie zaczynam realizować moje marzenie!

Gotowy do drogi...

Wyruszamy. Stanzer Tal w chmurach i mgle...

Na początek przygrywka – 12 km asfaltem, bocznymi drogami przez dolinę Stanzer Tal do St. Anton am Arlberg. Co prawda według planu mieliśmy wyruszyć właśnie stamtąd, ale ponieważ dzisiejszy etap nie jest ani długi, ani jakoś szczególnie ciężki, postanawiamy dla rozgrzewki dojechać tam na rowerach. Droga prowadzi w górę doliny na przemian wznosząc się i opadając. Wkrótce przestaje mżyć, mgła opada i nawet spomiędzy chmur nieśmiało zaczyna prześwitywać słoneczko. Zatrzymujemy się by ściągnąć kurtki i popatrzeć na wyłaniające się z chmur otaczające nas szczyty górskie.

Po niecałej godzinie jazdy docieramy do St. Anton. To urocze i bardzo zadbane miasteczko. W zimie tętni życiem – jest to jeden z największych i najbardziej prestiżowych ośrodków narciarskich w Austrii. Nie możemy sobie odmówić kilkunastominutowej rundki po uliczkach tej miejscowości.

Witamy w St. Anton am Arlberg!

St. Anton

Rundka po St. Anton

Ruszamy dalej, teraz już główną drogą w kierunku przełęczy Arlberg-Pass. Tutaj kończy się dolina, którą dotychczas jechaliśmy, więc droga wznosi się teraz stromiej, pojawiają się serpentyny. Przy hotelu Mooserkreuz opuszczamy drogę i odbijamy w lewo, w dolinę Verwalltal. Tutaj zaczyna się zasadnicza, górska część naszej trasy. Na początku jest dość płasko, kawałek jeszcze asfaltem, potem już po szutrze. W dole szumi potok o wdzięcznej nazwie Rosanna – to pewnie dlatego cały dzień kołatała mi się po głowie piosenka Toto: All I wanna do when I wake up in the morning is see your eyes, Rosanna, Rosanna... Po drodze spotykamy robotników kładących świeży asfalt. Uuups, dolinka jest tu na tyle wąska, że nie ma innego przejścia... Na szczęście panowie w pomarańczowych kamizelkach nie mają nic przeciwko temu żebyśmy przeszli, jeden z nich nawet pomaga Beacie przenieść rower. Jedziemy dalej, teraz jest już wyraźnie stromiej, więc przełożenie 22/34 bardzo się przydaje :) Za którymś z zakrętów, dokładnie na wprost nas z chmur wyłania się piękna, charakterystyczna sylwetka mierzącego ponad 3000 m szczytu Patteriol.

Dolina Verwalltal, w tle szczyt Patteriol (3056 m)

Verwalltal, w drodze do schroniska Konstanzer Hütte

O 12:45 dojeżdżamy do położonego na wysokości 1700 m npm schroniska Konstanzer Hütte. Mniej więcej w tym samym momencie zaczyna znowu mżyć, a potem już ostrzej padać. Wchodzimy więc do środka żeby przeczekać deszcz. Pora jest już prawie obiadowa,  postanawiam więc spróbować regionalnego specjału – Kaiserschmarr'n. To coś w rodzaju pokrojonego na kawałki, bardzo grubego, puszystego naleśnika, na słodko, z bakaliami i musem jabłkowym. Pycha, mówię wam, jak kiedyś będziecie w Tyrolu albo w Bawarii to powinniście spróbować. Deszcz teraz leje już całkiem mocno, więc nasza przymusowa przerwa przedłuża się do 14:00. Siedzący przy stoliku obok państwo pytają nas dokąd jedziemy. Z miną niewiniątka i najbardziej obojętnym tonem głosu, na jaki mnie tylko stać odpowiadam że... nad jezioro Garda, do Włoch.

W końcu przestaje padać, możemy więc ruszać dalej. Droga prowadzi znakomitą, umiarkowanie stromo wznoszącą się szutrówką. Jest pięknie, bardzo zielono, a wokół ani żywej duszy. Są za to świstaki. Buszują sobie radośnie wśród skał, a jeden zawsze stoi na kamieniu, na czatach, z noskiem wystawionym ku górze i bacznie się rozgląda. Gdy nas zauważy, rozlega się charakterystyczny gwizd i wszystkie nagle się rozpierzchają i znikają pod kamieniami. Nawet trudno im zdjęcie zrobić, bo takie skubane są szybkie... Pomimo, że minęło dopiero pół dnia od momentu kiedy wyruszyliśmy, ja już zdążyłem zapomnieć o całym bożym świecie, o wszystkich problemach dnia codziennego, o pracy... Teraz są już tylko góry, rower i my. No i świstaki :)

W dolinie Schönverwalltal, powyżej Konstanzer Hütte

...jak tu pięknie, pusto, cicho i spokojnie...

...szemrze potok, snują się mgły i chmury...

Na wysokości około 2000 m, za bacówką Schönverwallhütte, wygodna dotąd droga przekształca się w wąską i kamienistą ścieżkę. Jest w miarę płasko, ale jedzie się bardzo trudno, bo jest sporo dużych kamieni i skałek, między którymi trzeba lawirować, a poza tym łąka, przez którą prowadzi szlak jest podmokła i wilgotna, jest trochę błota i nawet resztki śniegu.

Dolina Schönverwalltal, nieco za bacówką Schönverwallhütte

Mostek, początek podejścia na przełęcz Verbellener Winterjöchl

Potok Rosanna w dolinie Schönverwalltal

Około kilometra dalej, za mostkiem nad potokiem zaczyna się najcięższy odcinek tego dnia – ponad godzinne podejście na przełęcz Verbellener Winterjöchl. Jest bardzo stromo, skaliście, miejscami ciężko jest nawet pchać rower. Po drodze trzykrotnie wydaje się, że to już, że za najbliższym wzniesieniem (zza którego nic nie widać) jest już przełęcz, ale po wdrapaniu się na jego szczyt okazuje się, że to tylko na chwilę się wypłaszczyło, a dalej znowu jest stromiej i że to jeszcze nie tu. Za trzecim takim zmylającym wzniesieniem robi się bardziej płasko i tym razem to jest już przełęcz Verbellener Winterjöchl.

Całe podejście – jakieś 2,5 km, podczas których trzeba się wspiąć o 300 m w pionie zajęło nam – w bardzo spokojnym tempie i z przerwami na robienie zdjęć i kontemplację piękna gór – nieco ponad godzinę. Godzina pchania roweru... Czy to dużo? Normalnie, na zwykłej wycieczce uznałbym, że bardzo dużo. Ale chcąc przeprawić się na rowerze przez Alpy, nie jeżdżąc przy tym po wyasfaltowanych drogach otwartych dla ruchu samochodowego, trzeba się z takimi niedogodnościami liczyć. I trzeba je po prostu zaakceptować. Zresztą, jeżeli jest się z góry na taki odcinek "z buta" nastawionym, to zazwyczaj okazuje się, że wcale nie był on aż tak uciążliwy jak by się mogło wydawać. Piękno otaczających gór i oczekująca po zdobyciu przełęczy nagroda w postaci otwierającego się na drugą stronę całkiem nowego widoku pomagają znaleźć motywację do tego.

Podejście na przełęcz Verbellener Winterjöchl

Spojrzenie wstecz na dolinę skąd przyjechaliśmy

Tuż przed przełęczą

Docieramy na położną na wysokości 2308 m npm przełęcz. Można znowu wsiąść na rower. Ścieżka jest teraz gładka i równa, wije się między skałkami, obok jeziorek znajdujących się na rozległym siodle przełęczy. Klimat jest zupełnie niesamowity – snują się mgły, skaliste szczyty to wyłaniają się, to chowają w ciężkich, szarych chmurach, wokół jest bardzo zielono i wilgotno. Nieodzownie kojarzy mi się to ze Szkocją...

Verbellener Winterjöchl (2308 m npm)

...przełęcz zdobyta!

Jest 16:30, na tej wysokości jest dość chłodno – tylko 8 stopni, więc nie zatrzymujemy się na przełęczy zbyt długo. Zakładamy kurtki i ruszamy w dół. Zjazd przez spowitą we mgle dolinkę potoku Verbellabach prowadzi znakomitą, równą i gładką szutrówką. Dla mnie, co prawda, takie zjazdy szutrówkami nie należą do najbardziej emocjonujących i zapadających w pamięć, ale ten, muszę przyznać jest całkiem fajny – najpierw, u góry, jest bardzo szybki – można poczuć wiatr we włosach, a później pojawia się też kilka ciekawych, ciasnych zakrętów, które przy dużej szybkości łatwo jest "przestrzelić", czyli ogólnie nudno nie jest :) Szybki zjazd kończy się kawałek za polaną Verbella Alpe. Tutaj warto się zatrzymać, choćby po to, żeby się trochę rozejrzeć wokoło. Bo miejsce jest naprawdę urocze, tym bardziej że akurat znów wyszło słonko.

Hala Verbella Alpe

W tym miejscu opuszczamy naszą szutrówkę i odbijamy w wąską ścieżkę prowadzącą do przełęczy Zeinisjoch i spiętrzonego tam sztucznego jeziorka Kops Stausee. Jedziemy najpierw kawałek pod górę, a potem nasza ścieżka zaczyna znów opadać.

Przełęcz Zeinisjoch i sztuczne jezioro Kops Stausee

W drodze z Zeinisjoch do Galtür

Od przełęczy Zeinisjoch (1830 m npm) do leżącej w dole miejscowości Galtür prowadzi znowu znakomita szutrowa, a później asfaltowa droga. Można się tu całkiem nieźle rozpędzić - u mnie na liczniku jest 71 km/h. Od Galtür jedziemy dalej dnem doliny bardzo sympatyczną i przyjemną dróżką (a miejscami ścieżką) w stylu Drogi pod Reglami. Jest trochę do góry, trochę w dół, ale że posuwamy się w dół doliny, to jednak więcej w jest dół :)

Szlak prowadzi dalej, do Ischgl, gdzie zaplanowany jest koniec dzisiejszego etapu. Ale wiedząc, że Ischgl to kolejny słynny i baaardzo elegancki, a co za tym idzie – drogi, ośrodek narciarski, decyduję się zatrzymać wcześniej – w ostatniej miejscowości przed Ischgl, czyli oddalonym od niego o 4 km Mathon. Znalezienie noclegu nie stanowi problemu – dzwonię na pierwszy numer z przygotowanej jeszcze przed wyjazdem listy i chwilę później rozlokowujemy się w wygodnym pokoju. Gorący prysznic, no a potem trzeba by jeszcze pójść zjeść coś porządnego. Po krótkiej przechadzce trafiamy do Gasthof Glöckner, gdzie znowu mam okazję uraczyć się jakimś lokalnym specjałem – tym razem wybór pada na Tiroler Geröstl, czyli pokrojone w talarki ziemniaki zapiekane z szynką, boczkiem i jakimiś grzybami. A do tego jajko sadzone. No cóż, może to niezbyt "kolarskie" jedzenie, ale za to smakowało wybornie! :)

Po kolacji, wieczorem wsiadam na rower i robię sobie jeszcze szybki wypad do Ischgl. Teraz już sam, bo moja towarzyszka stwierdza, że woli odpocząć. Ischgl co prawda już znam – kilka miesięcy wcześniej, w zimie, byłem tu na nartach, ale ciągnie mnie tam właśnie dlatego, że chcę zobaczyć to miasteczko jeszcze raz. Wieczorna rundka po jego uliczkach utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to chyba najśliczniejsze miasteczko na świecie.

Pierwszy dzień wyprawy okazał się być bardzo udany i pełen wrażeń, pomimo tego, że przez cały czas było dość pochmurno i jak na lipiec bardzo chłodno. Dystans i trudy pierwszego etapu (57 km z sumą podjazdów 1615 m – nie licząc mojego wypadu do Ischgl) nie dały nam się zbytnio we znaki, nawet pomimo ponad godzinnego podejścia z pchaniem roweru. Nie było aż tak źle. Za to było to uczucie szczęścia i wolności od codziennych trosk, które towarzyszy mi zawsze gdy jestem w górach... :)

Plecaki, których ciężar (mój - 7,2 kg, Beaty równo 5 kg) obawialiśmy się, że będzie dużą uciążliwością, jak na razie nie stanowią żadnego problemu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że do obecności plecaka już się przyzwyczaiłem i niemal zapomniałem o tym, że mam go grzbiecie. Oby tak dalej.

Przed wyruszeniem w drogę, gdzieś w głębi ducha zastanawiałem się czy ta wyprawa będzie największą i najwspanialszą przygodą mojego życia, czy może w praktyce okaże się być pasmem udręk... Po pierwszym dniu wyprawy odpowiedź na to pytanie już znałem :)

Dalej...