Epilog

czwartek, 21 lipca 2005

Następnego dnia po dotarciu do celu wyprawy, kiedy się budzimy słońce jest już wysoko na niebie. Ale tego dnia już nigdzie nam nie spieszno, nie mamy do pokonania już żadnej przełęczy, więc możemy sobie pozwolić na wylegiwanie się w łóżkach do późna. Ten dzień jest przeznaczony na odpoczynek i byczenie się nad jeziorem :)

Pierwotny plan był taki, by korzystając z okazji, że jesteśmy nad Lago "zaliczyć" jeszcze którąś z jego sztandarowych atrakcji, np. Monte Altissimo. Tym razem już na lekko, bez plecaków i pokonując większą część drogi na szczyt kolejką linową z Malcesine. Ale po dziewięciu dniach jazdy, perspektywa lenistwa jest tak kusząca, że nawet tyle się nam nie chce.

Tego dnia nie zamawiamy już śniadania w pensjonacie, w którym mieszkamy – mam inny pomysł. W supermarkecie kupujemy świeżutkie bułki, serek, salami, pomidory, jakiś napój brzoskwiniowy na bazie mleka, a na deser winogrona i tak zaopatrzeni maszerujemy nad jezioro. Usadowiwszy się w cieniu delektujemy się tym pysznym jedzeniem i cieszymy ze świetnego pomysłu na piknik.

Dzień mija nam na kąpieli w jeziorze (którego woda jest jednak stosunkowo chłodna), wylegiwaniu się na plaży, wcinaniu lodów i zakupach – postanawiam bowiem wykorzystać to, że dobrze zaopatrzonych sklepów rowerowych jest tutaj pod dostatkiem i kupić jakieś naprawdę porządne spodenki rowerowe. Przydadzą się na kolejne wyprawy – może dzięki nim nie będzie już tak bolała dupa...?

Dziwna rzecz – to był dzień odpoczynku, poza chodzeniem po sklepach rowerowych i przymierzaniem kolejnych spodenek w sumie nic takiego męczącego nie robiliśmy, a jednak po całym dniu spędzonym w gwarze i zgiełku panującym w miasteczku i nad jeziorem czujemy się zmęczeni nie mniej niż po którymś z etapów...

Rynek w Riva del Garda

Dzień odpoczynku po skończonej wyprawie w Riva nad Jeziorem Garda

 

piątek, 22 lipca 2005

Czas wracać do domu. O 8:38 mamy pociąg do leżącej na granicy z Austrią przełęczy Brenner. Do dworca kolejowego w Roveteto, skąd odjeżdża pociąg jest z Rivy jakieś 21 km. Po drodze jest położona na 274 m npm przełęcz Passo San Giovanni, więc liczę że dojazd zajmie nam jakieś półtorej godziny. Trzeba więc wstać odpowiednio wcześnie. Parę minut po 6:00 jesteśmy na nogach, ubieramy się, pakujemy plecaki i wyruszamy. Ale jeszcze nie w stronę Rovereto, tylko nad jezioro, by na plaży zjeść śniadanie :)

O tej porze, nad jeziorem, oprócz nas nie ma jeszcze żywej duszy. Słońce dopiero się wychyla spoza otaczających jezioro gór i oświetlając wapienne skały nadaje im charakterystyczny różowawy kolor. Jakże inaczej wygląda to miejsce teraz, wczesnym ranem, kiedy jest tu pusto i cicho... Jakże inaczej niż za dnia...

Wschód słońca nad Jeziorem Garda

O tej porze, nad jeziorem, oprócz nas nie ma jeszcze żywej duszy

Ostatnie spojrzenie na zostające za nami Jezioro Garda

O 6:30 jesteśmy już po śniadaniu i ruszamy w stronę Rovereto. Wspinając się asfaltową drogą prowadzącą przez Nago i Passo San Giovanni rzucamy ostatnie spojrzenia na zostające za nami w tyle jezioro. Około 8:05 jesteśmy na dworcu w Rovereto.

Pociąg jadący do przełęczy Brenner przyjeżdża punktualnie, ale jak się okazuje, w wagonie rowerowym jest już mnóstwo innych powracających transalpejczyków i miejsca nie ma. Próbujmy więc przejść na drugi koniec pociągu, ale konduktor nas pogania żebyśmy wsiadali, bo pociąg musi już jechać. Robi się trochę nerwowo. Pakujemy się więc do jednego ze środkowych przedziałów zastawiając rowerami całe przejście. Ku naszemu zaskoczeniu Włosi są zadziwiająco wyrozumiali i bez słowa protestu przeciskają się koło naszych rowerów.

Po dwóch godzinach jazdy pociągiem docieramy na przełęcz Brenner i granicę włosko-austriacką. Tutaj można przesiąść się na pociąg do Innsbrucka, ale po co to robić, skoro można zjechać tam na rowerze? :) Do Innsbrucka jest 38 km, z czego większość w dół, bo różnica poziomów wynosi około 1000 metrów.

Do dworca w Innsbrucku docieramy akurat "na styk" żeby zdążyć na pociąg do Landeck. Mamy 10 minut, ale trzeba jeszcze kupić bilety, znaleźć właściwy peron i załadować się do pociągu... Kolejka przy kasach okazuje się być spora, ale posuwa się zadziwiająco sprawnie. Po chwili, mam już w dłoni bilety i biegniemy na peron. Udało się, zdążyliśmy. Wsiadamy do pociągu, w wagonie rowerowym wieszamy nasze maszyny za przednie koła na przewidzianych do tego hakach i po godzinie jesteśmy już w Landeck. Stąd do Flirsch, skąd dziesięć dni wcześniej wyruszaliśmy na wyprawę, jest już tylko 15 km, ale prowadzą one pod górę, ruchliwą szosą. Decyduję się więc na autobus. Beata zostaje z rowerami na dworcu w Landeck. We Flirsch wsiadam do pozostawionego tu samochodu i zjeżdżam po Beatę. Pakujemy rowery do bagażnika i ruszamy w drogę.

Nie jedziemy jednak jeszcze do Krakowa. Został nam jeden dzień urlopu i chcemy go jak najlepiej wykorzystać. Jedziemy więc do Saalbach-Hinterglemm, by następnego dnia spróbować jeszcze jednej rowerowej atrakcji, o której dużo się naczytałem. Noc spędzamy tym razem w namiocie, na campingu w Viehhofen.

 

sobota, 23 lipca 2005

5-Gondel Tour, czyli kilkudziesięciokilometrowa pętla prowadząca przez góry z Saalbach przez Hinterglemm do Leogang i z powrotem do Saalbach, posiłkując się przy tym pięcioma kolejkami linowymi i wyciągami krzesełkowymi miała być ostatnią wielką atrakcją tego wspaniałego urlopu. Jednak albo marketingowcy z Saalbach-Hinterglemm i Leogang przesadzili reklamując swoją trasę niemalże jako "ósmy cud świata", albo po przejechaniu Transalpu i mając go świeżo w pamięci nic już nie jest w stanie na człowieku zrobić wrażenia. Sam już nie wiem jaka jest tego przyczyna, faktem jest jednak, że 5-Gondel Tour zupełnie nas zawiódł.

5-Gondel Tour - panorama pasma Leoganger Steinberge

Późnym popołudniem pakujemy siebie i rowery do samochodu i wyruszamy z Saalbach w drogę powrotną do domu, do Krakowa.

Gdy Beata zasypia na fotelu pasażera, ja rozmyślam sobie o przeżytej w ciągu kilku ostatnich dni przygodzie i o tym wszystkim co się wydarzyło i co zobaczyliśmy podczas tej wspaniałej wyprawy. Wspomnienia przeplatają się w mojej głowie z pomysłami i planami następnych Transalpów. Bo jedno jest pewne – będą następne Transalpy! :)

Transalp. I did it! ...and I will do it again!