Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 9: Tione - Tremalzo (1863m) - Riva del Garda
Etap 9: Tione - Tremalzo (1863m) - Riva del Garda

środa, 20 lipca 2005

Wstawaj, bo Tremalzo czeka! – tymi słowami Beata budzi mnie dziewiątego, ostatniego dnia wyprawy Transalp 2005.

Przed nami długi i ciężki etap – ponad 80 km i więcej niż 2000 metrów sumy podjazdów. To będzie najdłuższy i najcięższy ze wszystkich dziewięciu etapów.

Mając w pamięci to, ile zajęło nam pokonanie poprzedniego etapu i jak późno dotarliśmy tego dnia do celu, postanawiamy wstać najwcześniej jak się da, żeby mieć możliwie dużo czasu na pokonanie dystansu pozostałego nam do celu wyprawy. Najwcześniej jak się da jest o 7:10. Znam kilka osób, dla których ta godzina to jest wręcz "późno", ale musicie wiedzieć, że dla takiego śpiocha jak ja, jest to naprawdę duże wyrzeczenie :)

Pierwszy odcinek, niecałe 30 km aż do Storo, nie jest zbyt ciekawy – to taki typowy "łącznik". Jedziemy boczną drogą, a może raczej dróżką, trawersującą wschodnie zbocza doliny Valli Giudicarie. Prowadząca przez las droga, początkowo asfaltowa, później szutrowa, wspina się najpierw do góry, by po kilku kilometrach sprowadzić z powrotem na dno doliny, do miejscowości Bondo. Beata nie jest jakoś specjalnie zachwycona tym, że musiała najpierw jechać pod górę, tylko po to żeby zaraz potem zjechać w dół, skoro można było pojechać prosto, po płaskim i stwierdza z przekąsem, że "to była taka góra, która nic nie wnosiła". No, może i faktycznie nie wnosiła, widoczków żadnych nie było, ale przynajmniej przez las jechało się przyjemnie i sympatycznie i coś mi się zdaje, że te 200 metrów różnicy poziomów, które byłyby do pokonania jadąc główną drogą, po szosie, ciągnęłoby się nam bardziej niż 300 metrów, które się zebrały jadąc zboczem doliny, przez las.

W Bondo zatrzymujemy się na chwilę przy supermarkecie, kupujemy owoce, a dalej, w kierunku Storo ruszamy już asfaltem, główną drogą, dnem doliny. Do Storo zostało jeszcze 18 km, ale w dół doliny, więc cały czas będzie lekko z góry. Przez pierwsze kilka kilometrów droga opada na tyle stromo, że bez żadnego wysiłku, bez kręcenia pedałami jedzie się 50 km/h. Hamować też nie trzeba, można po prostu siedzieć na siodełku i rozkoszować się pędem powietrza i wiatrem we włosach, a kilometry na liczniku przybywają same :) Druga połowa doliny jest już jednak zdecydowanie bardziej płaska – co prawda droga prowadzi nadal nieznacznie w dół, ale ze względu na mocny, czołowy wiatr nie ma już tak łatwo i trzeba kręcić.

Tuż przed 11:00 docieramy do Storo, gdzie rozpoczyna się zasadnicza część dzisiejszego etapu, a zarazem długi, 24-kilometrowy podjazd na Tremalzo. Z niecałych 400 m npm musimy się wdrapać na wysokość 1863 m npm – prawie 1500 metrów różnicy poziomów w jednym kawałku, praktycznie w całości po asfalcie. Od razu nasuwa mi się skojarzenie z Passo di Gavia, na którym tak się męczyliśmy podczas 6 etapu – takie samo przewyższenie, też po asfalcie, też dobrze ponad 20 km non-stop pod górę... W dodatku, słońce grzeje coraz mocniej – zaczyna się robić wręcz upalnie. Oj, nie będzie lekko...

Zgodnie z przewidywaniami, teza że nie ma nic gorszego niż takie długie, nie chcące się skończyć, monotonne podjazdy po asfalcie potwierdziła się niestety w 100%... Ale po kolei.

Pierwszy odcinek podjazdu prowadzi od Storo na niepozorną, położoną na wysokości 730 m npm przełęcz Passo di Ampola. Na dystansie 8,5 km zdobywa się tylko nieco ponad 300 metrów wysokości, więc ten odcinek pokonujemy jeszcze bardzo sprawnie i bezproblemowo.

Na przełęczy kilkanaście minut odpoczynku, zjadamy kupione w Bondo banany i nektarynki i ruszamy dalej, by zmierzyć się z rozpoczynającą się od tego miejsca zasadniczą częścią podjazdu na Tremalzo. Teraz jest już nieco stromiej, nachylenie drogi to około 8%. Droga pnie się po zboczu, prowadząc trochę przez las, w cieniu, a trochę odkrytym terenem, w pełnym słońcu, które przygrzewa dzisiaj niemiłosiernie. Na razie jedzie nam się jeszcze w miarę dobrze, staramy się sprawnie posuwać naprzód, nie pozwalając sobie na tyle postojów, co na poprzednich etapach. Całkiem ich wyeliminować jednak nam się nie udaje, ponieważ osiem dni jazdy z plecakiem nieuchronnie daje o sobie znać w postaci powracającego bólu tyłka. Swoją drogą ciekawe, że dolegliwość ta jest najbardziej odczuwalna i najbardziej doskwiera właśnie podczas tych długich, monotonnych podjazdów asfaltem, a gdy poruszamy się w terenie jakoś tak bardzo tego nie czuć...

Mniej więcej w połowie drogi od Passo di Ampola do Tremalzo dochodzi drugi problem – kończy mi się woda w bidonie. Beacie jeszcze troszkę zostało, ale też malutko – jakaś nędzna resztka chlupocze na samym dnie. W Storo napełniliśmy bidony do pełna, jednak w tym upale po 0,75 litra obojgu nam dość szybko się skończyło. O ile na poprzednich etapach uzupełnianie zapasów wody nie stanowiło praktycznie nigdzie problemu – zawsze gdzieś znalazło się źródełko, strumyczek lub poidło dla krów z czystą, górską wodą, tak tutaj akurat niczego takiego nie możemy znaleźć.

Dla mnie jest to najtrudniejszy moment podczas całej wyprawy. Dupa boli, słońce pali z góry niemiłosiernie, pić się chce, w bidonie nie zostało już ani kropli, a do przełęczy jeszcze 4 i pół czy 5 kilometrów pod górę... Od dłuższego już czasu rozglądam się na boki, wypatrując z nadzieją jakiegoś strumyczka i ciągle nic... Zaczynam się czuć jak na pustyni... I nawet zaczynam mieć zwidy ;) A właściwie to nie zwidy – jak się nazywają zwidy które się słyszy? Hmm, nie wiadomo jak się nazywają, w każdym razie chodzi o to, że "słyszałem głosy", jak to później ładnie podsumowała Beata :) Otóż, kilka razy wydaje mi się, że słyszę szum wody. Zatrzymuję się i nadstawiam ucha... Nie, to jednak tylko szum drzew... Nie no, niemożliwe, żeby w górach nie płynął żaden strumień! Wyciągam mapę i analizuję gdzie jesteśmy i gdzie drogę będzie przecinał jakiś strumyk. Na mapie są, nawet kilka, jednak w rzeczywistości mijamy tylko wyschnięte koryta, którymi nie płynie ani kropla wody! Jest mi bardzo ciężko, podjazd dłuży się niemiłosiernie. Droga ciągnie się i nie ma dla mnie litości.

Wreszcie jest woda! Na rozległej polanie Malga Tiarno di Sotto pasą się krowy, a przy drodze stoi duże poidło, z którego szerokim strumieniem tryska woda! Gdy już się ochłeptałem tej wspaniałej, zimnej i krystalicznie czystej, górskiej wody, wsadzam głowę pod kran i długo ją trzymam pod strumieniem zimnej wody... Ale czad! Lodowate strużki płyną za kołnierz... Ciekawe uczucie – niby nieprzyjemne, a zarazem takie rozkoszne! Moje szczęście nie zna granic :) Odzyskuję dobry humor i entuzjazm do jazdy. Dawać mi tu to Tremalzo!

Wreszcie jest woda... Wspaniała, zimna, krystalicznie czysta, górska woda :)

Wzmocnieni i podniesieni na duchu ruszamy dalej w stronę przełęczy. Podjazd znów się ciągnie, nadal jest ciężko, ale teraz przynajmniej mamy już wodę i wiemy, że prędzej czy później w końcu dotrzemy do celu. Pod sam koniec jedzie mi się jednak znów bardzo ciężko. Kilometr przed przełęczą, żeby móc w ogóle tam dojechać, muszę się zatrzymać i wciągnąć resztkę żelu, która mi jeszcze została na czarną godzinę. Końcowe metry do przełęczy odliczam sobie w duchu szukając motywacji do tego ostatniego wysiłku: jeszcze tylko kilometr, jeszcze 900 metrów, jeszcze 800, 700 i tak dalej... I wreszcie jest – Passo Tremalzo i schronisko Rifugio Garda. Beacie udaje się tutaj dotrzeć znowu kilka minut przede mną – to też świadczy o tym jak mi tu było ciężko.

Na przełęczy padam na trawę, pod głowę podkładam plecak, przymykam oczy i wprowadzam się w stan błogości :) Leżę sobie tak chyba ponad pół godziny (chyba, bo w międzyczasie udało mi się nawet na chwilę zdrzemnąć i straciłem poczucie czasu).

Uczucie jest wspaniałe – z jednej strony zmęczenie, ale takie przyjemne, bo podparte świadomością, że cały wysiłek już za nami, a teraz czeka nas już tylko nagroda w postaci bardzo długiego zjazdu i fantastycznych widoków na leżące daleko w dole jezioro, a z drugiej strony szczęście i duma, że oto udało się – przeprawiliśmy się przez całe Alpy...!

Przed nami jeszcze co prawda 180 metrów wysokości do pokonania od przełęczy do tunelu pod szczytem Tremalzo, ale stamtąd, to jak wiadomo już tylko w dół! I to aż 1800 metrów różnicy poziomów w dół!!! Czyli już praktycznie jesteśmy u celu, można sobie pozwolić na to żeby się trochę pobyczyć i porozkoszować się tym cudownym uczuciem spełnienia pomieszanego z dumą...

Leżę sobie tak rozmyślając, aż wreszcie Beata wytrąca mnie z tego błogiego lenistwa każąc podnieść się i coś zrobić – na przykład pójść do schroniska na jakieś spaghetti... Spaghetti bolognese w Rifugio Garda to był zdecydowanie dobry pomysł. Samo spaghetti było... jak każde inne, za to porcja – wręcz gigantyczna. Bardzo się to przydało po tym wysiłku, który już był za nami, a także wobec tego, co było jeszcze przed nami... Ale o tym jeszcze w tamtym momencie nie wiedzieliśmy...

Obżarci jak bąki podnosimy się i ruszamy wreszcie w dalszą drogę. Dotarcie do najwyższego punktu, leżącego na wysokości 1863 m npm zajmuje nam jeszcze kilkadziesiąt minut, ale tego już nie czujemy – tutaj, przy tunelu prowadzącym na drugą stronę Monte Tremalzo, ostatniej góry oddzielającej nas jeszcze od Jeziora Garda, czujemy się już jak zwycięzcy... We did it! Zrobiliśmy to, udało się! Alpy pokonane! Transalp już praktycznie za nami, od tego miejsca już prawie tylko w dół. Prawie, że już widać Lago, a nawet jeśli go nie widać (bo tak naprawdę, to stąd go jeszcze nie widać), to w każdym razie już go czuć :)

We did it! Zrobiliśmy to, udało się! Alpy pokonane!

Teraz jeszcze tylko dłuuugi zjazd – 1800 metrów w pionie w dół i już będziemy w Riva, nad Lago di Garda, po dziewięciu dniach przeprawy przez Alpy.

W międzyczasie zrobiła się już 18:20, ale wcale się tym nie przejmuję licząc, że teraz będzie już easy i za góra dwie godzinki (i to włącznie z przerwami na robienie zdjęć i podziwianie obłędnych widoków) będziemy na dole... Jak się później miało okazać, "trochę" się z tym przeliczyłem... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Po drugiej stronie wykutego w skałach tunelu drobne rozczarowanie – Lago stąd jeszcze nie widać... Nie wiem czy to przez to, że go stąd po prostu jeszcze nie widać, czy przez to, że powietrze jest dzisiaj jakoś takie mało przejrzyste...

Tremalzo, po drugiej stronie tunelu, widok w stronę Jeziora Garda

Za tunelem rozpoczyna się zjazd. Tremalzo to jest zjazd – legenda. Byłem tu już trzy razy i za każdym razem robił on na mnie wielkie wrażenie. Pierwszy raz w '97 roku – wtedy jednak wjechałem na przełęcz samochodem i tylko zjechałem na rowerze. Tamtym razem jeszcze mnie Tremalzo aż tak nie oszołomiło – to pewnie przez to, że nie trzeba było go zdobywać o własnych siłach, a jak wiadomo, zjazd, na który nie trzeba zapracować podjazdem nie smakuje tak dobrze jak ten okupiony wysiłkiem i potem wylanym podczas podjazdu...

Za tunelem rozpoczyna się zjazd ku przełęczy Passo Nota

Wróciłem na Tremalzo 6 lat później, w 2003 r. i wtedy, zdobyte już o własnych siłach, podjazdem od Vesio, przez dolinę Valle San Michele, zrobiło na mnie wrażenie piorunujące. Zjazd od Tremalzo do przełęczy Passo Nota był fantastyczny, genialny i cudowny zarazem. Wspaniałe widoki, gęsto wijące się po stromym zboczu serpentyny i co kawałek rowy odprowadzające wodę, które fantastycznie wybijają do góry... Wpadłem wtedy wręcz w euforię i – pamiętam to dokładnie – zjeżdżając aż śpiewałem z zachwytu i ze szczęścia... :) Dla takich dni się żyje i jeździ na rowerze. Od Passo Nota zjechałem wtedy przez Corna Vecchia szutrową drogą prowadzącą przez 6 tuneli. Wtedy to był mój najpiękniejszy w życiu dzień na rowerze i najwspanialsza wycieczka...

Tremalzo spodobało mi się wtedy tak bardzo, że następnego dnia pojechałem tam znowu! Drugi raz z rzędu w to samo miejsce (to całkowicie sprzeczne z moimi zasadami, bo zawsze staram się jeździć w coraz to nowe miejsca), choć tym razem inną drogą, od Valle di Ledro. I wtedy, za trzecim razem znowu było to wspaniałe przeżycie i znowu szalenie mi się tam podobało. Zresztą, pogoda była wtedy znakomita, było pięknie, słonecznie, świetna przejrzystość i widoki aż zapierały dech w piersiach osiągając apogeum na Passo Rocchetta. Panorama w stronę położonego głęboko w dole jeziora jest stamtąd po prostu zachwycająca.

Droga prowadzi przez kilka tuneli wijąc się licznymi serpentynami

Takie Tremalzo miałem w głowie – najlepsze i najpiękniejsze miejsce do jazdy na rowerze, jakie miałem okazję poznać i takie właśnie Tremalzo miało być zwieńczeniem, ukoronowaniem całego Transalpu. Tym razem jednak, Tremalzo nie zrobiło na nas jednak aż takiego wrażenia jak oczekiwaliśmy...

Zastanawiając się nad tym teraz, dochodzę do wniosku, że to w zestawieniu z tymi wszystkimi wspaniałymi miejscami, które odwiedziliśmy w trakcie całej wyprawy, i które mieliśmy świeżo w pamięci, Tremalzo po prostu jakoś zbladło.

Na pewno jednak, duży udział w rozczarowaniu, które mi Tremalzo tym razem sprawiło miał fakt, że jezioro było tego dnia jakieś takie zamglone. Pomimo tego, że cały dzień był piękny i słoneczny, to gdy późnym popołudniem dojechaliśmy na Tremalzo, nad jeziorem wisiało coś w rodzaju mgły... A właściwie nie – to nie była mgła, ani chmury – wiem, że to nie to, ale nie wiem jak to określić... Nad jeziorem unosiła się dziwna zawiesina, a przejrzystość powietrza była bardzo mała. Widoczność była tak słaba, że nawet nie było widać Monte Baldo, potężnego masywu wznoszącego się po przeciwległej stronie jeziora...

Zjeżdżając, staramy się wypatrzyć w oddali, gdzieś tam, głęboko w dole jezioro Garda...

Jednak widoczność jest dzisiaj bardzo słaba. W powietrzu unosi się jakaś zawiesina...

...która sprawia, że widoki nie są tym razem aż tak oszałamiające...

Po zjeździe szutrowymi serpentynami docieramy do przełęczy Passo Nota. W tym miejscu zjazd chwilowo się kończy i dalej poruszamy się po grzbiecie – raz w dół, a raz do góry.

Ten odcinek okazuje się być dla nas ciężki, bo nastawienie psychiczne mamy już takie, że podjazdy i cały wysiłek są już za nami, a teraz będzie już tylko w dół. Tymczasem, do kolejnej przełęczy – Passo Rocchetta jest jeszcze dobrych kilka kilometrów, podczas których pokonać trzeba parę wprawdzie krótkich, ale za to dość stromych podjazdów. Przy pięknej pogodzie i dobrej widoczności wysiłek wynagradzają coraz to lepsze i wspanialsze widoki, które swą kulminację osiągają na Passo Rocchetta – chyba najlepszym punkcie widokowym po zachodniej stronie Lago di Garda. Tym razem jednak widoki są jakieś takie marne...

Po drodze od Passo Nota do Passo Rocchetta pojawiają się coraz lepsze widoki...

...które swą kulminację osiągają na Passo Rocchetta

Te kilka kilometrów od Passo Nota do Passo Rocchetta mocno nam się więc dłuży, tym bardziej, że w międzyczasie zrobiło się już naprawdę późno – to już nawet nie jest zachód słońca, po prostu powoli zaczyna się ściemniać. Poganiam więc delikatnie Beatę, która jest już dość zmęczona i ma trochę trudności na tych wąskich, kamienistych i wcale niełatwych technicznie ścieżkach, którymi się teraz poruszamy, by troszkę się sprężyła zanim nas tutaj noc zastanie.

Wiedząc o tym, że od Passo Rocchetta do Lago di Garda dzieli nas ciągle jeszcze prawie 1100 metrów różnicy poziomów, z których część trzeba pokonać trudnym technicznie i stromym zjazdem, zaczynam się coraz bardziej niepokoić na którą godzinę uda nam się zjechać na dół. Nie daje mi też spokoju myśl, że przecież nie mamy zarezerwowanego noclegu – zakładając, że dotrzemy do Rivy wcześniej, uznałem, że nie będzie to potrzebne, jednak teraz, gdy zapada już zmierzch, perspektywa nocnego poszukiwania kwatery nie pozwala mi się cieszyć się zjazdem i ostatnimi kilometrami wyprawy. Jak to jednak w przypadku mojej upartej towarzyszki zwykle bywa, rezultat poganiania jest dokładnie odwrotny od zamierzonego ;) Odnoszę wrażenie, że teraz jedzie jeszcze wolniej, więc wolę już jej nie drażnić i po prostu co kilka minut zatrzymuję się i czekam aż mnie dogoni.

Passo Rocchetta (1158 m npm) to chyba najlepszy punkt widokowy po zachodniej stronie Jez. Garda

Tym razem powietrze jest jednak mało przejrzyste, więc widoki nie są zbyt efektowne...

Wreszcie docieramy do leżącej na wysokości 1158 m npm przełęczy Passo Rocchetta. Tutaj chwila odpoczynku, kilka zdjęć, spojrzenie na mapę, by upewnić się którędy mamy zjeżdżać i ruszamy dalej.

Teraz już na pewno tylko w dół... Na początku tempo w którym się posuwamy wcale się jednak nie zwiększa. Ścieżka jest wąska, pełna luźnych kamieni, korzeni i uskoków. Na odcinku 1,6 km opada 200 metrów w dół, a w dodatku prowadzi przez las, w związku z czym, wobec zapadającego już zmroku, jest tutaj dość ciemno. Ja jestem w stanie zjeżdżać, ale Beata nawet nie próbuje tej sztuki, więc co chwilę muszę się zatrzymywać by na nią zaczekać.

Czekając aż nadejdzie zaczynam rozmyślać nad terenem, w którym się poruszamy i przychodzi mi do głowy refleksja, że po przejechaniu przez całe Alpy w poprzek, można stwierdzić, że nigdzie nie było tyle kamieni, nigdzie nie były one tak ostre i nigdzie na trasie naszej wyprawy teren nie był tak brutalnie ciężki jak tutaj, nad Lago...

Jezioro Garda często jest przedstawiane jako "raj" dla bikerów, ale trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że ilość kamieni, ich zagęszczenie, luźność i "ostrokanciastość" jest tutaj naprawdę potężna i chwilami odnoszę wręcz wrażenie, że nawet mój Blur ze swoimi 115 mm skoku zawieszenia czuje się tutaj trochę zagubiony i nie jest jeszcze wystarczająco "dużą" maszyną żeby sobie w takim terenie sprawnie radzić... A już na pewno nie na takich delikatnych oponkach, jakie mam założone – Racing Ralphach. W wersji 2.25 znakomicie sobie przez całe Alpy poradziły, natomiast tutaj troszeczkę się o nie boję czy się nie przetną... I jeszcze jedna rzecz jest charakterystyczna dla tych kamieni tutaj, nad Lago di Garda – cały rower błyskawicznie pokrywa się białym, wapiennym pyłem – właśnie od tych kamieni.

W końcu nadchodzi Beata klnąc cichutko pod nosem i złorzecząc na tego, który wymyślił tą trasę, czyli mnie :) Ale teraz już będzie lepiej, od Malga Palaer zaczyna się droga szutrowa i teraz już będzie się dało jechać. Miejscami opada ona bardzo stromo w dół, ale jest tam wyłożona betonową kratką, więc jazda nie stanowi problemu.

Dojeżdżamy do Pregasiny, wioski malowniczo położonej na zboczu, kilkaset metrów powyżej tafli jeziora. Po kilku kilometrach szybkiego zjazdu drogą asfaltową, docieramy do miejsca gdzie zaczyna się Via del Ponale. Pamiętam tą wspaniałą, wijącą się licznymi serpentynami, przyklejoną do stromego zbocza drogę, prowadzącą przez kilka wykutych w skale tuneli z mojego pierwszego pobytu nad Lago.

Jeszcze do niedawna Via del Ponale była zamknięta po tym jak kilka lat wcześniej osunęła się ziemia i zasypała liczne odcinki drogi. Teraz wreszcie została ponownie otwarta, tym razem już jako Sentiero del Ponale, czyli nie droga, lecz ścieżka. Dla nas, bikerów, to nawet lepiej :) Szkoda tylko, że jest już ciemno i nie możemy się w pełni cieszyć urokami tego głęboko zapadającego w pamięć odcinka, ani podziwiać rozciągających się stąd rewelacyjnych widoków na położone w dole jezioro.

Riva del Garda wieczorną porą widziana z Sentiero del Ponale

Około 21:00 dojeżdżamy wreszcie do Riva del Garda. Beata w znakomitym humorze, szczęśliwa i dumna z tego, że właśnie przebyła na rowerze Alpy, a ja smutny, że nasza wspaniała przygoda właśnie się kończy... Dziwna sprawa - zupełnie inaczej wyobrażałem sobie moment zakończenia wyprawy. Myślałem, że będę w tej chwili czuł radość, może wręcz euforię z powodu dotarcia do celu, osiągnięcia sukcesu, tymczasem jest zupełnie odwrotnie - czuję niemal przygnębienie... To już koniec, jutro nie będzie już nowej przełęczy do zdobycia, wspaniała wyprawa – przygoda mojego życia właśnie dobiegła końca, za parę dni trzeba będzie powrócić do codzienności, do pracy...

Pierwsze kroki w Rivie kierujemy do informacji turystycznej, by znaleźć jakiś nocleg. Żeby tam dotrzeć, trzeba przejechać przez port i główny plac tego miasteczka. Jako, że przez ostatnie dziewięć dni przebywaliśmy głównie w miejscach raczej odludnych, jesteśmy teraz zaskoczeni tym, jak bardzo to miasteczko tętni życiem – o tej godzinie jest tutaj mnóstwo ludzi, wszystkie lokale czynne, jest ruch, gwar, aż ciężko się na rowerze przecisnąć pomiędzy ludźmi. Widząc te dzikie tłumy zaczynam się jeszcze bardziej martwić czy uda nam się znaleźć nocleg. Cholera, czy jest tu jeszcze jakieś wolne miejsce w hotelach, w ogóle jakiekolwiek? Na szczęście okazuje się, że jest, i to nawet sporo :) Na stojącej przy Ufficio Turistico tablicy z zielonymi i czerwonymi lampkami pokazującymi które hotele i pensjonaty mają wolne miejsca świeci się całkiem sporo tych zielonych, i nawet okazuje się że pensjonat, który jest pierwszy na mojej liście – Villa Elvy, też ma zieloną lampkę. A więc telefon, krótka rozmowa z gospodarzami i problem noclegu zostaje rozwiązany. Jesteśmy uratowani, Transalp zostanie zakończony happy-endem.

Po dotarciu do pokoju, pomimo zmęczenia, jakoś nie spieszno nam jednak do łóżek – pociąga nas atmosfera tego ciepłego wieczora, wąskich i gwarnych uliczek Rivy, postanawiamy więc pójść na spacer na bulwar nad jeziorem, a przy okazji zjeść jeszcze jakąś pizzę w jednym z wielu otwartych do późna w nocy lokali.

Po powrocie ze spaceru i pizzy padamy wreszcie do łóżek. Dopiero teraz czujemy zmęczenie po trudach tego ostatniego dnia wyprawy. Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Szczęśliwi, że się udało, że przemierzyliśmy o własnych siłach Alpy, że to, co jeszcze niedawno było marzeniem, a później planem, teraz stało się rzeczywistością...

Wyprawa Transalp 2005 udała się w 100%. Była cudownym przeżyciem, które na długo pozostanie nam w pamięci. Przed wyruszeniem trochę się obawiałem czy ta wymarzona i wyśniona przygoda, w praktyce nie okaże się być jednym wielkim pasmem udręk... Na szczęście, tak się nie stało i nasza wyprawa okazała się być wspaniałą przygodą. A zatem pierwszy Transalp zakończony sukcesem – pełnym sukcesem. Z podkreśleniem słowa "pierwszy", bo co do jednego nie mamy najmniejszych wątpliwości – za rok znowu jedziemy na Transalp!

Dalej...