Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 8: Val di Sole - Passo Bregn de l'Ors (1844m) - Tione
Etap 8: Val di Sole - Passo Bregn de l'Ors (1844m) - Tione

wtorek, 19 lipca 2005

Kolejny, ósmy etap wyprawy ma układ nieco inny niż pozostałe. Tym razem nie będzie jednego dużego, długiego podjazdu, lecz dwa mniejsze. Do zdobycia jest przełęcz Passo Campo Carlo Magno – nieco ponad 900 metrów różnicy poziomów, potem zjazd do Madonna di Campiglio i drugi podjazd – na przełęcz Passo Bregn de l'Ors – tutaj do podjechania będzie około 700 metrów wysokości. Pierwsza z tych przełęczy leży na wysokości 1702 m npm, druga – 1844 m npm. Po tym, co pokonywaliśmy w trakcie poprzednich siedmiu dni wyprawy, te wysokości nie robią już żadnego wrażenia.

Ale te naprawdę duże góry są już za nami. Główną grań Alp już przekroczyliśmy. Podczas dwóch ostatnich etapów nie osiągniemy już nawet granicy 2000 m npm. Im dalej na południe, tym góry będą stawać się coraz niższe, potwierdzając zarazem, że zbliżamy się do celu wyprawy, jakim jest leżące na południowym skraju Alp Jezioro Garda.

Po jeszcze jednej, gwałtownej burzy z ulewnym deszczem, która przeszła w nocy, rano, kiedy się budzimy jest bardzo pochmurno i na pogodny dzień raczej się nie zanosi. Będzie dobrze, jeśli chociaż nie będzie padało... Schodzimy na śniadanie, potem bez pośpiechu pakujemy plecaki i zbieramy się do drogi. O 9:20, kiedy wyruszamy z Cusiano, chmury zaczynają jednak ustępować błękitowi nieba i nasz nastrój też stopniowo się poprawia.

Na początek 12 kilometrów asfaltowymi dróżkami rowerowymi i bocznymi drogami przez Val di Sole, do Dimaro. Jedziemy w dół doliny, cały czas jest więc leciutko z góry, przyjemnie i bezproblemowo. Pogoda poprawia się z minuty na minutę i nim dojeżdżamy do Dimaro, słońce panuje już na niebie niepodzielnie i zaczyna się wręcz robić upał.

W Dimaro skręcamy na południe, w kierunku Madonna di Campiglio i przełęczy Passo Campo Carlo Magno. Droga prowadzi przez las i ma umiarkowane nachylenie. Cały czas słychać szum płynącego w pobliżu strumienia. Pedałujemy sobie spokojnie pod górę. Widoków niestety nie ma zbyt wiele. Co jakiś czas tylko, gdy mijamy polanę, lub gdy las się przerzedza, po lewej stronie wyłaniają się piękne, wapienne szczyty pasma górskiego Dolomiti di Brenta.

Gdy las się przerzedza, wyłaniają się piękne, wapienne szczyty pasma Dolomiti di Brenta

Na przełęczy Passo Campo Carlo Magno (1702 m npm)

Droga jest wygodna (to taki typowo alpejski, zadbany, wypielęgnowany szuterek) i nie za stroma – tak w sam raz. Jazda przez las, dzięki temu, że cały czas w cieniu, jest przyjemna, ale zarazem szybko staje się monotonna, tak więc w końcu podjazd zaczyna nam się trochę dłużyć. Za przełęczą krótki, szybki zjazd i jesteśmy w Madonna di Campiglio.

Madonna to bardzo eleganckie miasteczko, chyba najmodniejsze z włoskich ośrodków narciarskich. Latem sprawia wrażenie nieco wymarłego i nie prezentuje się tak efektownie jak w zimie, ale i tak obowiązkowo trzeba przynajmniej chwilę pokręcić się po jego uliczkach. Bardzo lubię takie górskie miasteczka – nieduże, za to bardzo zadbane i pełne stylu. Zdecydowanie wolę je od dużych miast – zatłoczonych, ruchliwych, pełnych zgiełku i chaosu.

Madonna di Campiglio  to bardzo eleganckie miasteczko...

...choć latem sprawia wrażenie nieco wymarłego

Będąc w takim miejscu, we Włoszech, nie można przepuścić okazji do zjedzenia lodów :) ...nie, przepraszam – gelati, ("lody" to są w Polsce; te we Włoszech są zupełnie inne, więc dla rozróżnienia trzeba je jakoś inaczej nazywać :)

Z błogiego nastroju wyrywa mnie dopiero bicie zegara na wieży kościelnej. Która to godzina? Co? Już 15:00? A my raptem w połowie drogi dopiero jesteśmy... Ale zaraz, jak to się stało? Przecież nie wlekliśmy się jakoś zbytnio, przynajmniej ja nie mam takiego wrażenia. No, co prawda była godzinka postoju – gdzieś, jeszcze w dolnej części podjazdu znaleźliśmy przyjemne miejsce, w lesie, przy wodospadzie. Był tam też drewniany stolik i ławeczki, więc zatrzymaliśmy się żeby "chwilkę" odpocząć. Chwilka co prawda przeciągnęła się do ponad godziny, ale to ciągle jeszcze nie tłumaczy jak to się mogło stać, że pokonanie 16 km (co prawda, prawie w całości pod górę) pomiędzy Dimaro a Madonną zajęło nam prawie cztery i pół godziny... Wszystko wskazuje na to, że gdzieś po drodze miało miejsce "zakrzywienie czasoprzestrzeni" ;)

W każdym razie, żadnego innego wytłumaczenia dla tego faktu nie udało nam się znaleźć...

Nie tracąc już więcej czasu, ruszamy z Madonny dalej, przyjemną zacienioną dolinką w kierunku wodospadu Cascata di Mezzo w dolinie Vallesinella. Asfaltowa dróżka przez las prowadzi kilka kilometrów praktycznie cały czas po płaskim. Ostatnie kilkaset metrów zjeżdżamy przepysznym, krętym singletrackiem w dół i docieramy do pięknego i efektownego wodospadu.

Wodospad Cascata di Mezzo w dolinie Vallesinella

Cascata - ...czyli wodospad

Teraz 2 kilometry fajnego i przyjemnego zjazdu wygodną szutrówką, po czym rozpoczynamy drugi w dniu dzisiejszym podjazd. Jedziemy w dalszym ciągu przez las, w cieniu. Szutrowa droga wznosi się bardzo równomiernie do góry, ale nie jest zbyt stroma, więc jedzie się zupełnie nieźle. Mamy do zdobycia jeszcze 700 metrów wysokości, więc staramy się nie tracić już niepotrzebnie czasu i posuwać się możliwie sprawnie do przodu. Widoków do podziwiania zasadniczo nie ma (bo jedziemy przez las), co jakiś czas tylko spomiędzy drzew wyłaniają się wapienne szczyty otaczające dolinkę Val d'Agola, przez którą jedziemy.

Co jakiś czas, spomiędzy drzew wyłaniają się wapienne szczyty...

...otaczające dolinkę Val d'Agola, przez którą jedziemy

Po godzinie i 20 minutach podjazdu docieramy do uroczego jeziorka – Lago di Val d'Agola. Jest cicho i spokojnie, nie ma tu żadnych ludzi, zatrzymujemy się więc, by wchłonąć choć trochę atmosfery tego miejsca i nabrać sił przed końcowym fragmentem podjazdu.

Dolina w tym miejscu kończy się – jezioro jest z trzech stron otoczone górami. Czwarta, jedyna nie otoczona górami strona to Val d'Agola, ale to jest ta strona, z której przyjechaliśmy. Czyżby więc ślepa uliczka? Siedząc nad brzegiem jeziorka zastanawiamy się gdzie dalej? Bo z moich notatek i z mapy wynika, że musi tu gdzieś być jakaś przełęcz, przez którą mamy się przeprawić... Wreszcie, obserwując kocioł górski, w którym się znaleźliśmy, dostrzegamy pewne zagłębienie. Spojrzenie na mapę potwierdza, że to właśnie musi być nasza przełęcz – Passo Bregn de l'Ors. Problem w tym, że wygląda to jak ściana... Siedząc nad tym prześlicznym jeziorkiem wzmacniamy się nutellą i "powerbatonami", bo już z daleka czuć, że lekko nie będzie.

Lago di Val d'Agola

Jest cicho i spokojnie, nie ma tu żadnych ludzi. Uwielbiam atmosferę takich miejsc...

Po kilkunastominutowym popasie ruszamy w górę. Chwilę jeszcze wzdłuż brzegu jeziora na rowerze, ale później ścieżka zaczyna się wznosić coraz stromiej i stromiej do góry. No to pchamy...

Do pokonania jest 250 metrów różnicy poziomów dzielące brzegi jeziora od przełęczy. Ścieżka, którą idziemy jest bezlitośnie stroma. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymuję się i sięgam do plecaka po żel energetyczny, bo czuję, że zaczyna mi "gasnąć światło". Już niby niedaleko, ale mam trudny moment i po prostu nie daję rady iść. Na szczęście żel szybko zaczyna działać i po 45-minutowym podejściu docieram wreszcie do przełęczy. Faktem jednak jest, że Beacie udało się tam wdrapać kilka minut przede mną :)

Położona na wysokości 1844 m npm przełęcz Passo Bregn de l'Ors wita nas promieniami zachodzącego już słońca. Jest tutaj bardzo ładnie, nareszcie są jakieś rozleglejsze widoki, zresztą na przełęczy zawsze zatrzymujemy się by odpocząć, nacieszyć się zdobytą wysokością i podelektować myślą o czekającym nas długim zjeździe.

Passo Bregn de l'Ors wita nas promieniami zachodzącego już słońca

Jest tutaj bardzo ładnie, nareszcie są jakieś rozleglejsze widoki...

...zatrzymujemy się więc żeby odpocząć i nacieszyć myślą o czekającym nas zjeździe

Tym razem nie możemy jednak zabawić tu zbyt długo. Zbliża się 19:00 – o tej porze przydałoby się zawijać już do jakiejś kwatery, a my tymczasem jeszcze głęboko w górach...

Przed nami, co prawda, już tylko długi i łatwy zjazd, więc powinno się udać w miarę szybko dotrzeć do miejsca, gdzie będzie można znaleźć jakiś nocleg, ale mnie martwi coś innego. Otóż, planując trasę wyprawy założyłem, że ostatniego dnia dotrzemy nad Jezioro Garda od strony zachodniej, przez przełęcz Passo Tremalzo. Wprawdzie byłem tam już trzy razy, ale ta przełęcz to legenda, miejsce absolutnie wyjątkowe i bez wątpienia przejazd tamtędy byłby świetnym ukoronowaniem wyprawy. Problem w tej chwili polega jednak na tym, że chcąc jechać przez Tremalzo, od miejsca gdzie mogliśmy dziś zostać na nocleg, ostatni etap wyprawy musiałby być bardzo długi i ciężki. Ponad 80 km jazdy po górach i wyraźnie ponad 2000 metrów sumy podjazdów – dla mnie nie byłby to problem, ale Beata jeszcze nigdy dotąd nie zaliczyła jednego dnia tak dużego przewyższenia. No a przecież jeszcze mamy plecaki i osiem dni jazdy w nogach... Cholera, błąd – powinniśmy byli dojechać dziś dalej, żeby ten ostatni etap nie musiał być aż taki ciężki. Oczywiście, nad Lago di Garda można dojechać stąd również inną, znacznie łatwiejszą drogą – przygotowane mam jeszcze 2 inne warianty, ale z pewnością żaden z nich nie jest równie atrakcyjny jak Tremalzo. W myślach już się z nim jednak pożegnałem i teraz już tylko kombinowałem co wybrać w zamian.

Siedziałem nad mapą i dumałem, aż z tych rozmyślań wyrwała mnie Beata. Gdy powiedziałem jej o czym myślę, odpowiedziała mi tylko: "No co ty, nie wymiękaj – damy radę, jedziemy przez Tremalzo!". Pewnie nie bardzo sobie zdawała sprawę z tego co ją czeka ;)

No dobrze, skoro udało nam się rozstrzygnąć ten dylemat, to możemy ruszać w dół. No, może jeszcze nie całkiem w dół, bo jak się okazuje, trzeba jeszcze kilka minut poświęcić na to, by dostać się na drugą, leżącą w pobliżu przełęcz – Passo del Gotro. Leży ona mniej więcej na tej samej wysokości, 1850 m npm, a prowadząca do niej ścieżka najpierw lekko opada w dół, a później nieznacznie się wznosi.

Przełęcz Passo del Gotro (1850 m npm)

Od Passo del Gotro już tylko w dół. Pierwsze kilkaset metrów zjazdu to jeszcze wąska ścieżynka, a dalej zaczyna się szuter – długi, niemal niekończący się zjazd, najdłuższy na całej trasie naszego Transalpu.

Dalej już tylko w dół. Zaczyna się najdłuższy zjazd na trasie naszego Transalpu

Zanim jednak dane mi było poczuć na tym zjeździe pęd powietrza i wiatr we włosach, był jeszcze ten wspomniany już króciutki kawałek singletracka. Okazał się on być trochę zdradliwy, bo prowadząca po zboczu, z pozoru łatwa ścieżka miała w kilku miejscach nieprzyjemne uskoki i na jednym z nich obsunęło mi się i uciekło w bok przednie koło, a ja straciłem równowagę i spadając z roweru zahamowałem rękami i nogami... ;) Jak się później okazało, było to jedyne miejsce podczas wyprawy, gdzie udało mi się zaliczyć glebę. Rękom nic się nie stało, bo były ubrane w rękawiczki (za to rękawiczkom troszkę się stało, ale w końcu od tego są). Nogom coś tam się stało, tzn. troszkę się poobcierały. Była zatem okazja do tego, by się przydała woda utleniona, której maleńka buteleczka jechała sobie cały czas w moim plecaku. Sanitariuszka bardzo sprawnie mnie opatrzyła, nie bolało i zaraz ruszyliśmy dalej.

Dalsza część zjazdu to już łatwa i przyjemna jazda wygodną drogą szutrową. Zjazd jest niezbyt stromy, za to niewiarygodnie długi. Jedziemy i jedziemy, cały czas w dół, cały czas bez wysiłku, a ta droga ciągle nie chce się skończyć :)

18 km cały czas tylko w dół, bez żadnego wypłaszczenia, ani podjazdu – to jest coś! :)

Po 10 kilometrach łagodnego zjazdu po szutrze dojeżdżamy do zabudowań. Jest tutaj niewielki hotel – Albergo Brenta, a kawałeczek dalej schronisko – Rifugio Ghedina. Można by tu zanocować, ale pamiętając o tym co czeka nas następnego dnia chcę dojechać dzisiaj jeszcze kawałek dalej. Co prawda jest już 20:00, ale ciągle jest jeszcze zupełnie jasno.

Na wszelki wypadek, zanim ruszymy wyciągam listę z noclegami. Po wykonaniu kilku telefonów udaje się znaleźć miejsce w hotelu all' Emigrante w Zuclo, niedaleko od Tione. Postanawiam skorzystać z propozycji recepcjonisty, który pyta czy chcemy też coś zjeść i zamawiam "mezza pensione", czyli nocleg wraz z wyżywieniem. Do Zuclo zostało nam jeszcze kilkanaście kilometrów, ale spodziewając się, że dalej będzie cały czas tylko w dół, oznajmiam mu optymistycznie brzmiącym głosem, że będziemy za jakieś pół godziny.

Wsiadamy na rowery i ruszamy dalej. Dalsza część zjazdu prowadzi już po asfalcie. Wąziutka droga ciągnie się przez swojsko wyglądającą dolinkę, zjazd jest bardzo łagodny i jak by nie dość było tych 10 kilometrów po szutrze, zjeżdżamy jeszcze prawie drugie tyle po asfalcie. W sumie ponad 18 kilometrów bez przerwy w dół. Można je przejechać bez choćby jednego obrotu korbą. Takie zjazdy nawet w Alpach nie zdarzają się codziennie. Osiemnaście kilometrów tylko w dół, w jednym kawałku, nie przerwane żadnym wypłaszczeniem, ani tym bardziej krótkim chociażby podjazdem – to jest naprawdę coś! :) Zjechaliśmy w ten sposób z Passo del Gotro, z wysokości 1850 m npm na dno doliny Valle Giudicarie, na 550 m npm.

Stąd zostało nam do pokonania jeszcze parę kilometrów po płaskim lub lekko pod górę do Zuclo. Gdy tam dojeżdżamy zaczyna zapadać już zmierzch. Jest 21:10. Z Cusiano wyruszyliśmy o 9:25. Czyli prawie 12 godzin. No nieźle..!

Gdy wreszcie zjawiamy się w hotelu, recepcjonista prosi nas żebyśmy nie szli na razie do pokoju, lecz przeszli od razu do jadalni, bo już czekają tam na nas z kolacją. Aha, no tak, hotelowa restauracja jest czynna do 21:00, kucharz pewnie chciałby w końcu iść do domu... Chowamy więc szybko rowery do hotelowego garażu i siadamy do stołu. Dwudaniowa obiadokolacja wraz z lodami, które były na deser, po całodniowym wysiłku smakuje nam wyjątkowo dobrze. Duży plus dla all' Emigrante, że na nas z nim czekali – nieźle byśmy wyglądali, gdyby po przyjeździe okazało się, że restauracja już nieczynna i nie ma nic do jedzenia...

Dzisiaj dało o sobie znać wspomniane wcześniej "zakrzywienie czasoprzestrzeni" i ten z pozoru nietrudny etap zrobił się całkiem wymagający. W każdym razie suma podjazdów wyszła całkiem niemała – 1894 m – jak dotąd tylko piąty etap (ten do Bormio) miał więcej, a odległość, którą przejechaliśmy była największa z dotychczasowych etapów.

Dalej...