Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 7: Ponte di Legno - Forcellina di Montozzo (2613m) - Val di Sole
Etap 7: Ponte di Legno - Forcellina di Montozzo (2613m) - Val di Sole

poniedziałek, 18 lipca 2005

Siódmego dnia wyprawy, będąc przekonanym, że tego dnia czeka nas jeden z cięższych etapów, wstajemy nieco wcześniej niż zwykle.

Poranek wita nas pochmurnym niebem. Nad górami, i to właśnie nad tymi górami, w stronę których mamy jechać, wiszą ciężkie, burzowe chmury. Deszcz nie pada, ale przy śniadaniu cały czas zastanawiam się co robić. Czy warto zaryzykować i czy w ogóle jest sens pchać się w wysokie góry? Tego dnia, w planie jest pokonanie położonej na 2613 m npm przełęczy Forcellina di Montozzo. Nie ma żartów, to są naprawdę wysokie góry, i burza w takim miejscu nie byłaby zbyt przyjemną rzeczą.

Jeśli jest wygodna droga, którą można szybko i łatwo zjechać w dolinę, to nie ma problemu, ale akurat z Forcellina di Montozzo zjazd prowadzi wąską ścieżką i z informacji, które zebrałem przygotowując się do wyprawy wynikało, że miał on być ciekawy, ale i zarazem trudny technicznie. Pamiętając ile czasu zajął nam podczas drugiego etapu zjazd z leżącego na podobnej wysokości Fimberpass (również ciężkim i trudnym technicznie singletrackiem), mam poważne wątpliwości czy powinniśmy się tam pchać.

Jest jeszcze jedna możliwość – zjechać do Ponte di Legno i stamtąd dostać się do Val di Sole przez przełęcz Passo Tonale. Ta przełęcz liczy tylko 1883 m npm, a podjazd prowadzi cały czas drogą asfaltową. Zjazd po szutrze (albo dalej asfaltem, cały czas główną drogą). Przed wyruszeniem na wyprawę, do każdego etapu przygotowałem taki właśnie wariant alternatywny, łatwiejszy, na wypadek złej pogody, awarii, czy kryzysu. Ale jakoś zupełnie nie mamy ochoty z niego skorzystać...

Gdyby od rana padało, to sprawa byłaby prosta – nigdzie się nie ruszamy i przeczekujemy. Nawet gdyby padało cały dzień – wtedy zrobilibyśmy sobie po prostu dzień odpoczynku. Jazda w deszczu to żadna przyjemność, a nasza wyprawa miała być przyjemnością, a nie robieniem czegokolwiek na siłę. Ale na razie nie pada...

W końcu podejmuję męską decyzję i zarządzam, że trzeba jednak zaryzykować. Parę minut przed dziewiątą wsiadamy na rowery i ruszamy w drogę. Wracamy kawałek z powrotem pod górę, drogą którą przyjechaliśmy dzień wcześniej. Dość stromą, asfaltową dróżką dojeżdżamy do Pezzo – malutkiej, położonej na stromym zboczu miejscowości. Tutaj skręcamy w dolinkę Valle di Viso.

Jedziemy północną stroną dolinki, łagodnie się wznoszącą, wyasfaltowaną dróżką. Niebo nieco się przejaśnia, a przez chmury powoli zaczyna przebijać się słońce. Wszystko wskazuje na to, że decyzja, którą podjąłem była właściwa :)

Po kilku w miarę łatwych kilometrach niezbyt stromego podjazdu docieramy do Case di Viso. To taka niewielka osada, cała złożona z ładnych, kamiennych domków, jak je określiła Beata "z epoki jaskiniowców" :) Bardzo fajne, sympatyczne miejsce.

Case di Viso - piękne, kamienne domki w dolinie Valle di Viso

Domki z epoki jaskiniowców ;)

Za Case di Viso zaczyna się szuter. Kawałek dalej, przy końcu doliny skręcamy w drogę wspinającą się serpentynami po zboczu. Kamienisto-szutrowa droga wznosi się dość stromo do góry, ale jedzie nam się całkiem nieźle – w każdym razie mnie takie coś odpowiada. Jest na tyle stromo, że wysokości przybywa szybko, a zarazem wystarczająco łagodnie by dało się podjechać. Wiszące na niebie ciemne chmury mobilizują do tego by się sprężać. W porównaniu z mękami, które przeżywaliśmy wczoraj, na łatwym podjeździe na Passo di Gavia, dzisiaj zdobywanie wysokości idzie nam wprost wyśmienicie.

Spojrzenie wstecz, na dolinę Valle di Viso

W drodze na Forcellina di Montozzo

Wysoko nad doliną Valle di Viso

Widząc te ciemne chmury powinniśmy byli się domyślić co nas czeka później...

Dla Beaty jest jednak miejscami zbyt stromo, a że nie ma ambicji by wszystko podjechać bez zsiadania z siodełka, to prowadząc rower ma dużo czasu na to, by rozglądać się na boki i wypatrywać różnych ciekawych rzeczy. Na przykład świstaków. Dzisiaj udało jej się nawet jednego złapać na zdjęciu. To wcale nie takie łatwe, bo chociaż nie jest ich mało, to jednak są bardzo płochliwe i kiedy tylko się do nich zbliżamy, momentalnie chowają się w swoich norkach lub między kamieniami i skałami.

Świstak :)

Przed 13:00 docieramy do leżącego na wysokości prawie 2500 m npm malutkiego schroniska. Do przełęczy zostało już tylko jakieś 130 metrów różnicy poziomów. Zatrzymujemy się więc, by chwilę odpocząć i rozejrzeć się po okolicy.

Znajdujące się w pobliżu pozostałości okopów przypominają o tym, że podczas I wojny światowej przebiegała tędy linia frontu. To właśnie wtedy powstała droga, którą dzisiaj przyjechaliśmy – podobnie jak wiele innych dróg w Alpach, została zbudowana po to by zaopatrywać wojska.

Zwiedzamy okopy, robimy zdjęcia, zjadamy batoniki. Do towarzyszących nam od rana ciemnych chmur zdążyliśmy się już przyzwyczaić i przestaliśmy się nimi zbytnio przejmować. Chwila odpoczynku przy schronisku wydłuża się więc do prawie godzinki...

W okopie przy schronisku Rifugio Bozzi

Widok z okienka strzelniczego...

Parę minut przed drugą ruszamy w kierunku przełęczy. Prowadzi tam dalej szutrowo-kamienista droga, którą przyjechaliśmy. Kawałek da się jeszcze podjechać, ale później o jeździe nie ma już mowy – droga wznosi się piekielnie stromo, na tyle stromo, że nawet iść jest ciężko.

Wyruszamy od Rifugio Bozzi ku przełęczy Forcellina di Montozzo

Po mniej więcej 20-25 minutach docieramy do przełęczy. Forcellina di Montozzo, 2613 m npm. Tutaj zmiana dekoracji – naszym oczom ukazuje się widok na drugą stronę, na dolinę Val Montozzo.

Forcellina di Montozzo (2613 m npm)

Widok na drugą stronę, na dolinę Val Montozzo

Ku mojemu zaskoczeniu dolina opada łagodnymi zboczami, a prowadząca w dół ścieżka wygląda na dosyć łatwą. To niespodzianka, bo z opisu trasy wynikało, że zjazd jest ciężki, z odcinkami nieprzejezdnymi i wymaga bardzo dobrej techniki. Spodziewałem się więc czegoś w stylu Fimberpassu, którego pokonanie podczas drugiego dnia wyprawy kosztowało nas sporo wysiłku i czasu.

Na przełęczy jest dość chłodno i wieje wiatr, nie zabawiamy więc tutaj zbyt długo. Puszczam Beatę przodem, a sam siedzę jeszcze parę minut na górze podziwiając widoki i czekając aż się kawałek oddali, żeby później móc rozkoszować się zjazdem w jednym kawałku, nie musząc przerywać go zbyt często czekaniem na nią.

W górnej części zjazd z Forcellina di Montozzo...

...jest łatwy i przyjemny

Singletrack jest rzeczywiście zupełnie łatwy, bardzo przyjemny do jazdy, nie sprawia problemów i jedzie się bardzo płynnie. I tak jest mniej więcej do wysokości 2350 m npm. W tym miejscu dolina nagle zaczyna opadać gwałtownie w dół. Z tego miejsca po raz pierwszy widać Lago di Pian Palu – śliczne turkusowe jeziorko, leżące gdzieś tam w dole, kilkaset metrów niżej.

Zjazd z Forcellina di Montozzo na początku jest zupełnie łatwy...

...i jedzie się bardzo płynnie

Później, zjazd robi się nieco trudniejszy...

...aż wreszcie, w dolnej części, staje się bardzo stromy i trudny

Ale czasu na podziwianie uroków przyrody nie ma, bo gonią nas teraz już nie tylko naprawdę ciężkie, czarne chmury, ale i złowrogie pomruki nadciągającej burzy. Zaczynają spadać pierwsze krople deszczu. Nie czekając na to, aż rozpada się na dobre wyciągamy z plecaków kurtki i spodnie przeciwdeszczowe, bo schronić się nie ma gdzie – jesteśmy w otwartym terenie, na stromym, skalistym zboczu. Zaczyna się robić nerwowo. Cholera, mogliśmy się tyle nie guzdrać przy tym schronisku... Można to było przewidzieć, że z takich chmur po prostu musi być burza... Ale przebijające się przez chmury słońce uśpiło moją czujność.

OK, nie traćmy już czasu, uciekajmy w dół. Na razie spadają na nas tylko pojedyncze krople deszczu, wiatr też się uspokoił – typowa cisza przed burzą. Niestety, właśnie tutaj ten lekki, łatwy i przyjemny singletrack się kończy, a zaczyna się zapowiadany trudniejszy odcinek zjazdu. Ścieżka staje się teraz mocno kamienista i lawirując pomiędzy skałami opada stromo w dół. Beata nawet nie próbuje zjeżdżać. Ja staram się jechać. Pora co prawda nie jest najodpowiedniejsza na ćwiczenie techniki jazdy, ale cóż, i tak muszę czekać na moją towarzyszkę, więc balansując ciałem i wisząc tyłkiem dosłownie nad tylnym kołem próbuję pokonać jak największą część zjazdu na rowerze. Nie wszystko udaje mi się zjechać, bo są też odcinki zbyt strome i zbyt skaliste jak na moje możliwości i w kilku miejscach trzeba zsiąść z roweru. Pomimo tego zjazd sprawia mnóstwo radości. Jest ciężki ale bardzo satysfakcjonujący.

Po jakichś 15 minutach, mniej więcej na wysokości 2200 m npm napotykamy niespodziewanie taką jakby wiszącą skałę. Ponieważ w międzyczasie zdążyło się już rozpadać na dobre, nie wahamy się ani chwili by skorzystać z tego nieoczekiwanego daru od losu :) Zagłębienie w skale idealnie nadaje się na kryjówkę przed burzą.

Deszcz leje już na całego, chmury schodzą coraz niżej i jezioro, które jeszcze przed chwilą widać było w dole, teraz kryje się we mgle. Z góry nadjeżdżają jeszcze dwaj bikerzy, więc zapraszamy ich do naszej kryjówki. Są to dwaj sympatyczni panowie, na oko tuż po pięćdziesiątce, jak się okazuje Niemcy, z Monachium. Czekając aż przestanie padać ucinamy sobie pogawędkę. Nasi towarzysze też są transalpejczykami – wymieniamy więc doświadczenia i opowiadamy o swoich wrażeniach. W ten sposób, na rozmowie mija nam ponad godzina. Deszcz w końcu ustaje. Jest bardzo mokro, ale już nie pada, trzeba więc ruszać w drogę.

Zjazd w dalszym ciągu jest ciężki i techniczny, a mokre i śliskie podłoże jeszcze bardziej podnosi poziom trudności i dodaje mu atrakcji. Trzeba się bardzo delikatnie obchodzić z hamulcami. Nie wszystko da się zjechać, w kilku miejscach trzeba sprowadzić rower, ale pomimo tego jazda stanowi bardzo fajne wyzwanie. Wijąca się przez las ścieżka sprowadza w dół, nad urocze jeziorko Lago di Pian Palu.

Lago di Pian Palu - przed...

...i po burzy

Objeżdżamy jezioro ścieżką wzdłuż brzegu. Po burzowych chmurach nie ma już śladu, świeci słońce, aż nie chce się wierzyć, że przed niecałą godziną było ciemno, pochmurno i lał deszcz. Przejeżdżamy przez wykuty w skale tunel, a potem przez zaporę spiętrzającą wody tego sztucznego jeziorka.

Nad Lago di Pian Palu. Prawda, że ślicznie? I kto by uwierzył, że godzinę wcześniej było pochmurno i padał deszcz?

W skalnym tunelu przy Lago di Pian Palu

Dalsza droga prowadzi przez las. Jedziemy w dół, najpierw kawałek szutrem, później droga staje się asfaltowa. Długi, łagodny zjazd, w błyskawicznym tempie sprowadza nas do Peio Fonti, a później serpentynami na dno doliny Val di Peio i do następnej miejscowości – Cogolo. Tutaj zatrzymujemy się by zrobić drobne zakupy i coś zjeść. Dochodzi już szósta, a my od śniadania prawie nic nie jedliśmy. Najwyższa pora na zasłużoną, dużą pizzę. Czekając na jedzenie wyciągam listę noclegów, dzwonię do jednego z hoteli w oddalonym o kilka kilometrów Cusiano i rezerwuję tam miejsce na nocleg.

Po kolacji i dłuższym posiedzeniu w pizzerii wsiadamy znów na rowery. Asfaltowa, prowadząca cały czas lekko w dół droga, sprowadza nas bez wysiłku do doliny Val di Sole i zarezerwowanego godzinę wcześniej hoteliku.

A więc siódmy etap wyprawy za nami. Spodziewałem się, że będzie on stosunkowo ciężki, ale okazało się, że wcale nie było aż tak trudno. Przewyższenie wyszło najmniejsze z dotychczasowych etapów – dzisiaj było to w sumie tylko trochę ponad 1300 metrów. Podjazd na przełęcz nie był bardzo ciężki, a podejście tuż przed samą przełęczą krótsze niż się spodziewałem. Zjazd, owszem był w dolnej części ciężki i stromy, w kilku miejscach trzeba było zsiąść z roweru, ale w górnej części był zupełnie łatwy i bardzo przyjemny. W porównaniu z Fimberpassem – wyraźnie lżejszy i łatwiejszy do pokonania.

Trochę nam popsuła szyki burza, bo czekając aż przestanie padać straciliśmy sporo czasu. Gdyby nie to, moglibyśmy tego dnia dojechać trochę dalej, co pozwoliłoby nam nieco korzystniej rozłożyć dwa ostatnie etapy. Ale z drugiej strony pomyślałem, że żeby nasza wyprawa była pełniejsza i żeby przygoda była prawdziwsza, to musi być nie tylko słońce, ale i trochę deszczu... Trzeba przyznać, że mieliśmy sporo szczęścia w tym, że znaleźliśmy schronienie i prawie w ogóle nie zmokliśmy, więc jakby na to nie patrzeć, wszystko się dobrze skończyło.

Jeszcze tylko dwa dni i będziemy u celu – nad Lago di Garda!

Dalej...