Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 6: Bormio - Passo di Gavia (2621m) - Ponte di Legno
Etap 6: Bormio - Passo di Gavia (2621m) - Ponte di Legno

niedziela, 17 lipca 2005

Po ciężkim i jakże spektakularnym dniu poprzednim, wydawało się, że szósty etap wyprawy będzie po pierwsze łatwiejszy, a po drugie mniej efektowny.

Przed nami prawie 50 km w całości po asfalcie. Jako że Bormio leży na wysokości 1220 m npm, a Passo di Gavia na 2621 m npm, do podjechania jest całkiem niemało, bo równo 1400 metrów różnicy poziomów. Podjazd rozciąga się jednak na dystansie 25 kilometrów – nie jest więc stromy, za to bardzo długi. Zjazd też prawie w całości po asfalcie, tak że jakichkolwiek trudności technicznych na tym etapie się nie spodziewaliśmy i uznaliśmy, że powinno nam to pójść dość szybko. Jeśli chodzi o wrażenia artystyczne, to również nie oczekiwaliśmy tutaj jakichś cudów – ot, po prostu wyasfaltowana przełęcz, zadanie które trzeba wykonać, nawet jeśli nie wzbudza ono w nas jakiegoś szczególnego entuzjazmu.

Jak się później miało okazać, zarówno co do łatwości, jak i braku wrażeń związanych z widokami myliliśmy się bardzo... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Rano zbieraliśmy się raczej bez pośpiechu. Przy śniadaniu poczyniliśmy pewną dość ciekawą obserwację. Jako że był to pierwszy dzień w tej prawdziwie włoskiej części Włoch, mieliśmy okazję przekonać się, czym się różni śniadanie według Włochów od tego austriackiego chociażby. Na stole nie znaleźliśmy ani wędlin, ani żadnego sera. Oprócz bułek i masła były tylko dżemy, miód, nutella, jakieś krakersy i sucharki... Oprócz tego jogurt, pyszne cornetto (rogalik z czekoladą) i oczywiście kawa. Aha, no i müsli też było. W gruncie rzeczy w porządku, można było się najeść, aczkolwiek po królewskich wręcz śniadaniach, do których zdążyła nas przyzwyczaić Austria (i niemieckojęzyczna część Włoch) poczuliśmy pewien niedosyt. Podczas kolejnych dni we Włoszech przekonaliśmy się jednak, że to nie nasz hotelik oszczędzał na gościach, lecz że to po prostu taki miejscowy zwyczaj. No cóż, jak mówi przysłowie, "co kraj to obyczaj"...

Po śniadanku wygrzebujemy się niespiesznie z naszego hoteliku i ruszamy w kierunku Bormio. Pierwsze 5 km prowadzi po płaskim lub leciuteńko, prawie niezauważalnie w dół, częściowo drogą, a częściowo asfaltową ścieżką rowerową wzdłuż niej. W Bormio robimy sobie znów rundkę po centrum miasteczka, kupujemy jakieś owoce, sok i tego typu drobiazgi. Zanim wyjeżdżamy z miasteczka, w międzyczasie jest już 10:45. Ale przecież nigdzie nam się nie spieszy, jesteśmy w końcu na wakacjach...

Ruszamy spokojnym tempem w stronę Santa Caterina Valfurva. Na 12 kilometrach dzielących tą miejscowość od Bormio, droga pokonuje 500 metrów różnicy poziomów. Początkowo umiarkowanie stromo, później zupełnie płasko, i od połowy znowu lekko pod górę jedziemy przez dolinę Valfurva. Ruch na drodze na szczęście nie jest duży, więc towarzystwo samochodów i motocykli nie przeszkadza nam zbytnio. Jednak już od samego początku kilometry podejrzenie nam się ciągną. Jest łatwiutko, asfalt równy, droga wznosi się dość łagodnie, ale nam pedałowanie coś nie za bardzo idzie. Po tych kilku dniach jazdy, pomimo codziennego stosowania Sudocremu, coraz bardziej czuję bolący tyłek. Kręcę się na siodełku, próbuję różnych ułożeń, ale nic nie pomaga. Postoje, choć krótkie, zaczynają się więc robić coraz częstsze.

Około 12:20 dojeżdżamy wreszcie do Santa Caterina. Tutaj na naszej drodze staje bardzo sympatyczny park, czy może maleńki lasek, z cieniem, śliczną trawką i ławeczkami. Miejsce aż zaprasza do odpoczynku. W pobliżu jest też lodziarnia – grzechem byłoby więc nie skorzystać z okazji do poleniuchowania. Słoneczko przygrzewa, my leżymy bykiem i tak sobie przyjemnie mija czas.

Po godzinie stwierdzamy w końcu, że trzeba by się jednak ruszyć. Za Santa Caterina podjazd robi się nieco bardziej stromy, ale nadal jest w rozsądnych granicach, poniżej 10% nachylenia. Pierwszy odcinek wiedzie serpentynami przez las, widoków żadnych nadal więc nie ma. Jest niedziela, pogoda cudna, upał. Na szczęście jesteśmy w górach, na coraz większej wysokości, więc gorąco tak nie doskwiera. Ale weekend i piękna pogoda skłoniły wielu Włochów do wycieczek w góry – zwłaszcza motocyklistów, bo w drodze na przełęcz minęła nas ich znowu cała potężna chmara. W każdym razie, zdążyliśmy ich już porządnie znienawidzić.

Cały czas jesteśmy mocno rozleniwieni i jazda idzie nam "jak krew z nosa". Obiektywnie ujmując wcale nie jest trudno – nie jest za stromo, droga asfaltowa, ale kilometrów jakoś nie za bardzo chce przybywać. Robimy sobie dość częste, nie da się ukryć, postoje i postoiki. Każdy pretekst jest dobry – a to żeby dolać wody do bidonów, a to żeby zjeść batonik, a to żeby dać odpocząć obolałej dupencji. Patrząc na to z perspektywy czasu – chyba za bardzo nastawiliśmy się na to, że będzie to etap łatwy, dzień odpoczynku niemalże. I jak to zwykle bywa, jak się rusza z takim nastawieniem psychicznym, to potem trudno się pogodzić z faktem, że wcale tak łatwo nie jest. Jestem przekonany, że gdybyśmy ruszyli z nastawieniem, że będzie to kolejny ciężki etap, to przejechalibyśmy go znacznie szybciej, a na końcu bylibyśmy mile zaskoczeni, że tak łatwo poszło...

Od wysokości około 2100 m npm kończy się las, wjeżdżamy w odkryty teren. Nareszcie robi się ciekawiej, pojawiają się ładne widoki. Pniemy się dalej powoli i mozolnie pod górę, pamiętając jednak o tym, by co kawałek robić sobie przerwę ;) Podjazd jest po prostu niekończący się. 25 km bez przerwy pod górę (słownie: dwadzieścia pięć kilometrów!). 1400 metrów różnicy poziomów do podjechania w jednym kawałku... Na samo wspomnienie robi mi się niedobrze ;)

Spojrzenie wstecz, na dolinę Valle di Gavia

W drodze na Passo di Gavia

Podjazd jest po prostu niekończący się, a my co kawałek robimy sobie popas...

W każdym razie, nim dowlekliśmy się wreszcie do leżącej na wysokości 2621 m npm przełęczy, minęło naprawdę sporo czasu. Istnieje szansa, że ustanowiliśmy rekord długości czasu przejazdu odcinka od Bormio do Passo di Gavia. Skojarzyło mi się to, ponieważ podjazd na Passo di Gavia jest klasycznym i jednym z najbardziej znanych odcinków, którędy prowadzi niemal co roku Giro d'Italia. Tuż za Bormio, przy drodze stoi automat, dzięki któremu po wrzuceniu pieniążka można sobie zmierzyć czas, porównać czy dużo brakuje do herosów z gatunku Marco Pantaniego i zostać wpisanym na listę najlepszych.

Nam zeszło troszkę dłużej – na pewno dużo więcej niż by to wynikało z ilości kilometrów i różnicy poziomów do pokonania. Ale po prostu była piękna pogoda, w górnej części doliny Valle di Gavia całkiem niezłe widoki na otaczające nas, liczące ponad 3000 metrów wysokości szczyty, a my jakoś nie mieliśmy najlepszego "ciągu" do tego by piąć się tą asfaltową drogą pod górę...

W górnej części doliny Valle di Gavia...

...są niezłe widoki na otaczające nas, mierzące ponad 3000m szczyty

Tutaj, na podjeździe na Passo di Gavia, po raz kolejny miałem okazję utwierdzić się w przekonaniu, jak bardzo nie lubię tych ciągnących się w nieskończoność podjazdów po asfalcie. Ich monotonia bardzo szybko mnie zniechęca. Droga wznosi się zawsze stosunkowo łagodnie, przez co wysokości przybywa powoli i wydaje się, że podjazd nigdy się nie skończy. No i do tego jeszcze te mijające nas samochody i motocykle... Nieee, to ja już wolę jak jest stromo, konkretnie – przynajmniej wtedy szybko przybywa wysokości. Chwila wysiłku i po krzyku, a nie takie cackanie się... ;)

Tuż przed samą przełęczą robi się prawie zupełnie płasko i ostatnie 3 km droga wznosi się ledwie, ledwie do góry. W dodatku jest tutaj bardzo ładnie widokowo. Perspektywa tego, że to już prawie koniec męczarni skłania nas do tego, by zrobić sobie kolejny dłuższy popas.

Do przełęczy już niedaleko

Pomnik na Passo di Gavia...

...upamiętniający żołnierzy z I wojny światowej

W międzyczasie zrobiło się już późnawe popołudnie, ruch zdecydowanie zelżał, motocyklistów, ani samochodów już prawie nie ma. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, jest cicho, spokojnie i bardzo przyjemnie. Na samej przełęczy jest urocze jeziorko – Lago Bianco, miejsce jest śliczne i dość idylliczne, więc znowu leżymy sobie i chill-outujemy rozkoszując się coraz słabiej już grzejącymi promieniami zachodzącego słońca. Grzechem byłoby przecież nie położyć się w trawce i poleniuchować tu jeszcze trochę, tym bardziej, że teraz przed nami już tylko łatwy zjazd, cały czas po asfalcie, więc raz-dwa, bez żadnych problemów będziemy na dole. Nie spiesząc się do hotelu leżymy w trawie, na słonku, delektujemy się ciszą, górami i tym właśnie słoneczkiem.

Na przełęczy Passo di Gavia - 2621 m npm

Urocze jeziorko Lago Bianco na Passo di Gavia

Kiedyś w końcu trzeba jednak podnieść cztery litery i ruszyć w dół. Rozpoczyna się zjazd. I tutaj, muszę powiedzieć, że to co czekało nas po drugiej stronie Passo di Gavia bardzo miło mnie zaskoczyło. Nie liczyłem na zbyt wiele, nie oczekiwałem że zjazd będzie jakoś szczególnie ciekawy. Aż mi żal było na myśl o 1300 metrach w dół po asfalcie – toż to najprawdziwsze marnowanie wysokości, z takim trudem zresztą zdobytej...

Być może znowu wynikło to z wcześniejszego nastawienia, z tego że spodziewałem się, że zjazd będzie raczej nudny, ale muszę powiedzieć, że południowa strona Passo di Gavia była dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Po tej stronie przełęczy, droga jest zupełnie wąziutka – w wielu miejscach tylko na szerokość jednego samochodu. Wije się ona dość malowniczo po zboczu niewiarygodnie wręcz głębokiej doliny Valle delle Messi. Widoki są fantastyczne. Cień, w którym schowane są przeciwległe zbocze i dno doliny, jeszcze bardziej podkreśla jak bardzo głęboko się ona wcina i jak strome są jej zbocza. Ta gra światła i cienia sprawia, że co kilkaset metrów zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia i pogapić się na ten imponujący widok przed nami.

Zjazd z Passo di Gavia był dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem

Droga jest wąziutka i wije się po zboczu niesamowicie głębokiej doliny

Jest pięknie, i nawet nie przeszkadza mi to, że zjazd prowadzi po asfalcie. Po pokonaniu kilku serpentyn dojeżdżamy do punktu, gdzie dalsza droga wiedzie przez tunel. Jest on ciemny, nieoświetlony, a przez to że bardzo wąski, sprawia wrażenie dość niebezpiecznego. Można go jednak objechać zniszczoną, szutrowo-kamienistą drogą wykutą w skale i prowadzącą w efektowny sposób nad przepaścią. To jedyne podczas tego dnia pół kilometra nie po asfalcie.

Niebezpieczy tunel można objechać efektowną, wykutą w skale...

...i prowadzącą nad przepaścią, zniszczoną, szutrowo-kamienistą drogą

Kręta i wąska droga wije się po stoku i jest raz bardziej stroma, raz bardziej płaska. Droga jest kręta, ale jedzie się bardzo płynnie, a składanie się w następujące bezpośrednio po sobie zakręty daje sporo frajdy. Ta południowa strona Passo di Gavia jest zdecydowanie ciekawsza od północnej, którą podjeżdżaliśmy. Z pewnością jest też dużo cięższa, i próbuję sobie wyobrazić jak muszą się tutaj męczyć bohaterowie Giro d'Italia, bo są odcinki, gdzie stromizna sięga nawet 16%! Nic dziwnego, że to właśnie w tym kierunku, z południa na północ, od Ponte di Legno do Bormio, czyli odwrotnie niż my jedziemy, prowadzi ten bardziej klasyczny wariant etapu przez Passo di Gavia.

To nie do wiary jak głęboko wcina się dolina Valle delle Messi...

Podczas zjazdu z Passo di Gavia

Spojrzenie na Valle delle Messi. W oddali śniegi lodowca Presena

Zjazd z Passo do Gavia - to najfajnjejszy 'asfaltowy' zjazd jaki znam!

Zjazd jest szybki, ale ze względu na widoki, pokonanie 17 km w dół, do maleńkiej miejscowości Precasaglio, tuż przed Ponte di Legno, zajmuje nam prawie godzinę. W Precasaglio lokujemy się w jedynym tutaj hotelu, czy może raczej hoteliku, Albergo Frigidolfo. W garażu stawiamy nasze rowery obok kilku innych. Przy kolacji, przy stoliku obok spotykamy ich właścicieli – czwórkę Niemców, również transalpejczyków :)

Po kolacji robimy jeszcze szybką przepierkę przepoconych trykotów i spodenek rowerowych oraz inne, codzienne rytuały wieczorne.

A zatem szósty etap za nami. Praktycznie w całości po asfalcie – technicznie oczywiście łatwy, a kondycyjnie... No cóż, kondycyjnie, tak naprawdę, ten etap też wcale nie był taki ciężki, jednak my tego dnia jakoś nie mogliśmy się wkręcić na wyższe obroty i podjazd Passo di Gavia niemal nie chciał się dla nas skończyć.

Dalej...