Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 5: Trafoi - Bocchetta di Forcola (2768m) - Bormio
Etap 5: Trafoi - Bocchetta di Forcola (2768m) - Bormio

sobota, 16 lipca 2005

Piąty dzień wyprawy był pod wieloma względami "naj"... Ten dzień dostarczył nam chyba najwięcej wrażeń, a w każdym razie to właśnie jego z całej wyprawy zapamiętałem najbardziej.

Dlaczego? Piąty etap był znowu wspaniały pod względem widoków – chociaż do nich zdążyliśmy się już od początku wyprawy niemalże przyzwyczaić... Zresztą nie jest łatwo przebić to, co zobaczyliśmy dwa dni wcześniej w kanionie Val d'Uina.

Tym co sprawiło że zapamiętałem ten dzień jako najwspanialszy z całej wyprawy, był zjazd z przełęczy Bocchetta di Forcola. Ten zjazd to dla mnie radość z jazdy na rowerze w najczystszej postaci. Wąska ścieżynka, przyklejona do stromo, niemalże pionowo opadającego zbocza, wijąca się po nim niezliczonymi serpentynami zakrętów. I żadnych skał, czy paskudnych, utrudniających jazdę kamieni na drodze. W całości przejezdna, choć przez to, że prowadząca po stromym zboczu, wymagająca mocnych nerwów i pewnej ręki. I dzięki temu dająca mnóstwo satysfakcji i wspomnianej już radości z jazdy. A wszystko to w niesamowitej scenerii potężnych gór i głęboko wcinającej się pomiędzy nie doliny.

Zjazd z Bocchetta di Forcola...

...to radość z jazdy na rowerze w najczystszej postaci!

A wszystko to dzieje się w niesamowitej scenerii potężnych gór...

Po drugie, podczas tego etapu osiągnęliśmy największą wysokość podczas całej wyprawy – imponujące 2843 m npm, czyli szczyt Dreisprachenspitze. Nie będę udawał, że mi się na tą wysokość udało w całości wjechać rowerem, bo to nieprawda. Wjechać dało się na położoną na 2757 m npm przełęcz Passo dello Stelvio. Brakujące do szczytu 80 metrów w pionie zdobyłem mozolnie wpychając rower po stromej ścieżce. Wjechać się więc nie da. Za to bezapelacyjnie da się ze szczytu zjechać! I to jak! Fantastyczny zjazd niezbyt stromą, za to wijącą się ciasnymi serpentynami ścieżką to jest to co tygrysy lubią najbardziej :)

Po trzecie, ten etap był też najdłuższym i najcięższym kondycyjnie z dotychczasowych.

I wreszcie był to też etap w jakimś sensie przełomowy. Bo piąty, to środkowy etap z naszej zaplanowanej na 9 dni wyprawy. A więc połowa już za nami. A leżący mniej więcej w połowie tego etapu szczyt Dreisprachenspitze był nie tylko najwyższym i zarazem dokładnie środkowym punktem całej wyprawy, lecz również punktem granicznym – w tym właśnie miejscu wjechaliśmy wreszcie do Włoch. Do "prawdziwych" Włoch... Bo choć granicę tego państwa przekroczyliśmy już dwa dni wcześniej, to dopiero teraz dotarliśmy do tej części kraju, gdzie mówi się po włosku, a nie po niemiecku ;)

Ale po kolei – zacznijmy od początku. Dzień rozpoczął się dla nas w Trafoi, na wysokości 1550 m npm. Ponieważ miał to być najcięższy etap wyprawy, chcieliśmy wyruszyć wcześniej, by mieć więcej czasu na dotarcie do celu przed zmierzchem. O 8:45 ruszamy w drogę. Przed nami długaśny, 15-kilometrowy podjazd na przełęcz Passo dello Stelvio (lub po niemiecku Stilfser Joch).

Przed nami długi podjazd na Passo dello Stelvio

Leżąca na wysokości 2757 m npm przełęcz jest najwyżej położonym miejscem na terenie Włoch, przez które przebiega asfaltowa, publiczna droga. Wybudowana na początku XIX wieku, za czasów monarchii austro-węgierskiej pnie się w górę od Trafoi przez 46 serpentyn, czyli po włosku tornanti. Serpentyny są ponumerowane. Pierwsza, zaraz za Trafoi ma numer 46, później następne mają numery coraz niższe, aż do "jedynki" tuż przed samą przełęczą.

Droga na przełęcz wije się przez 46 ponumerowanych serpentyn

Podjazd nie jest zbyt stromy, droga wznosi się bardzo równomiernie do góry i ma nachylenie średnio 8%. Do zdobycia jest 1200m wysokości. To niby niedużo, na prawie każdym maratonie jest więcej. Ale jak trzeba tyle podjechać na raz, w jednym kawałku, to jest ból... W dodatku po asfalcie... Niestety nie ma innej drogi, nie ma możliwości sensownego ominięcia tego odcinka. Bardzo nie lubię jeździć po drogach asfaltowych, ponieważ szybko zaczynam odczuwać monotonię. Nie inaczej jest tym razem. Na drodze panuje niestety dość uciążliwy, stosunkowo spory ruch. Samochody, wozy campingowe, autobusy... Ale najbardziej wkurzające są motocykle z tymi swoimi jazgotliwymi, wysokoobrotowymi silnikami. Jest ich tutaj po prostu niezliczona ilość. Turystyczne, harleye, ścigacze – no dosłownie wszystko. W życiu tyle motocykli nie widziałem ile nas podczas tego podjazdu minęło. W pewnym momencie zacząłem liczyć mijające nas z jednej i z drugiej strony pojazdy. Kiedy doliczyłem do 100, wyszło mi że było 70 motocykli i 30 samochodów. Do zwariowania z tymi motocyklistami!

Na szczęście otaczająca nas sceneria wiele wynagradza. Jesteśmy w końcu w górach, i to w wysokich górach. Co jakiś czas przystajemy więc by nasycić oczy pięknem otaczających nas majestatycznych szczytów, a przy okazji dać odpocząć... nie, nie nogom – obolałej d..ie ;)

Patrzę na potężne, granitowe ściany i w pewnym momencie Beata mówi:
Popatrz, tam jest domek!
Podążam wzrokiem za jej palcem, który wskazuje ów domek i... nic nie widzę.
Jaki domek, gdzie???!!!
No tam! Taki malutki.
Ale gdzie???
Wreszcie widzę. W przedziwny sposób uczepiony grani, tuż powyżej granicy lasu. W porównaniu z potężnym szczytem Ortlera, na którego zboczu stoi, wydaje się być tak maleńki, że gdyby nie czerwony dach nie dałoby się go zauważyć. Szukam na mapie co to może być. Aha, jest – Rifugio Borletti. Czyli schronisko. Więc tak całkiem maleńki nie może być. To zestawienie uświadamia mi jak potężna jest góra, u której stóp stoimy. Nabieram respektu :)

Potężny Ortler a na jego zboczu 'domek dla krasnoludków'

Po drodze, oprócz motocyklistów, mija nas też mnóstwo kolarzy-szosowców. Tak sobie myślę, że oni to są dziwni... Męczą się na tych swoich rowerach okropnie – 8% nachylenia, które dla nas, na góralach, jest prawie niczym, dla nich stanowi poważny problem. No tak, ale u nich mała tarcza to tak jak u nas blat... Motocykliści są co prawda paskudni, ale oni to przynajmniej mają radochę z tego swojego pomykania z wyjącym silnikiem po zakrętach. A szosowcy? Nie dość że tak się męczą na tym podjeździe, to jeszcze muszą znosić towarzystwo tych wszystkich motocykli, samochodów i autobusów... Ja tych gości w ogóle nie rozumiem... ;)

Piętnaście kilometrów podjazdu ciągnie się nam niemiłosiernie. Kręcimy sobie na młynku, obserwujemy drogę wijącą się w niesamowity sposób po stoku i odliczamy ile nam jeszcze tornanti zostało do pokonania. Dziwna sprawa – asfaltowa droga jest równa, gładka, nie za stroma, niby dobrze się jedzie, a jednak podjazd dłuży mi się dużo bardziej niż poprzednie, które prowadziły w terenie... Nie jest to jednak problem braku kondycji, lecz coraz bardziej obolałego tyłka. Kombinuję ile się da, przesuwam się na siodełku w przód i w tył, co pewien czas staję na pedałach, ale niewiele to pomaga. Góra nie chce się skończyć...

Wreszcie, ponad trzy i pół godziny po wyruszeniu z Trafoi, docieramy na przełęcz. To co się tutaj dzieje jest wprost nie do opisania. Jarmark. Zagęszczenie ludzi jak na Krupówkach ;) Pełno zaparkowanych samochodów i motocykli. I do tego jakieś budy z kiełbaskami, albo przeróżnymi, tak zwanymi "pamiątkami". Jak na odpuście. Bardzo dziwne miejsce – panujące tu zgiełk i hałas w niczym nie przypominają ciszy i spokoju innych alpejskich przełęczy, które zdobywaliśmy wcześniej podczas naszej wyprawy. Trzeba stąd czym prędzej uciekać...

Passo dello Stelvio (2757 m npm) - ruch i zgiełk tu straszny...

Dalej, w planie jest zdobycie najwyższego punktu całej wyprawy, czyli położonego tuż powyżej przełęczy szczytu Dreisprachenspitze i stamtąd zjazd na drugą stronę, do przełęczy Passo Umbrail.

Do szczytu brakuje nam tylko 80 metrów wysokości, ale już z tego miejsca widać, że będzie stromo i trzeba będzie dawać z buta. Za to zjazd zapowiada się ekscytująco. Szlak jest na mapie zaznaczony cienką, gęsto pozawijaną kreską. Beaty jakoś to nie ekscytuje. Nie ma za bardzo ochoty wspinać się na szczyt po to, żeby później z niego sprowadzać rower. Nie ma problemu, proponuję jej zatem, żeby zjechała sobie główną, asfaltową drogą na położoną 250m niżej przełęcz Passo Umbrail i tam na mnie zaczekała. Ja wyruszam natomiast w kierunku szczytu i usytuowanej na nim charakterystycznej sylwetki schroniska Rifugio Garibaldi.

Charakterystyczna sylwetka schroniska Rifugio Garibaldi na szczycie Dreisprachenspitze

Podejście nie jest długie, zajmuje mi raptem 10 minut. Jestem na szczycie, 2843 metry nad poziomem morza! Z rowerem – ale czad! Trzeba zrobić pamiątkowe zdjęcie dla udokumentowania tego doniosłego faktu :)

Na szczycie Dreisprachenspitze - 2843 m npm!

Dreisprachenspitze to dość szczególne miejsce. Jego nazwa znaczy "szczyt trzech języków". Przed I wojną światową stykały się w tym miejscu granice Monarchii Austro-Węgierskiej, Włoch i Szwajcarii. Nazwa szczytu pochodzi od trzech języków – niemieckiego, włoskiego i retoromańskiego, którego używa się w przyległej części Szwajcarii. Stąd też sam szczyt ma również trzy nazwy – po niemiecku nazywa się on Dreisprachenspitze, po włosku Cima Garibaldi, a w języku retoromańskim Piz da las trais Linguas.

I tutaj mała dygresja na temat tego jak szybko w górach potrafi zmieniać się pogoda. Rano, kiedy wyruszaliśmy z Trafoi było w miarę słonecznie, trochę chmurek na niebie i było przyjemnie chłodno – w sam raz do jazdy. W drodze na przełęcz coraz bardziej się jednak chmurzyło i przez chwilę zaczęło nawet leciutko mżyć. Potem, dość szybko ten deszczyk ustał i wyszło słońce, tak że kiedy dotarliśmy na przełęcz było już znowu całkiem pogodnie.

Dosłownie kwadrans później, kiedy wspinałem się na Dreisprachenspitze, zauważyłem że "o cholera, chmurzy się". I to dość konkretnie się tym razem zachmurzyło. Rozległe, ciemne i ewidentnie deszczowe chmury. Ledwie wdrapałem się na szczyt, udało mi się jeszcze tylko szybko zrobić zdjęcie i zanim zdążyłem porządnie pomyśleć co dalej, zaczęło padać. A w górach, na takiej wysokości, kiedy zaczyna padać i wiać wiatr, robi się naprawdę mało przytulnie. Trzeba spadać. Na szczęście tuż obok szczytu jest maleńkie schronisko. Za jego kamiennymi murami schowałem się przed zacinającym deszczem i przenikliwym, zimnym wiatrem i szybko zacząłem wyciągać z plecaka i ubierać wszystkie ciepłe i przeciwdeszczowe rzeczy, jakie tylko miałem. A więc: bluza z długim rękawem, kurtka z gore-texem, spodnie przeciwdeszczowe... Na głowę, pod kask założyłem kaptur, a na plecak pokrowiec. Później, podczas zjazdu musiałem się jeszcze zatrzymać, by na zziębnięte dłonie założyć rękawiczki z długimi palcami. Mocny deszcz po kilku minutach na szczęście zelżał.

Zjazd nie zawiódł moich oczekiwań. Fantastyczny singletrack trawersuje zbocze kilkunastoma gęstymi i ciasnymi serpentynami. Wąziuchna ścieżka nie prowadzi zbyt stromo w dół, w żadnym miejscu nie jest zbyt trudna, ani zbyt kamienista, pod kołami ma się głównie drobny żwirek. I tylko te ciasne zakręty każą się wykazać. Pomimo mokrego i śliskiego od deszczu podłoża nie mogę sobie odmówić pokonania całego zjazdu bez zsiadania z roweru. Balansując ciałem i starając się precyzyjne dozować siłę hamowania udaje mi się zmieścić w ciasnych zakrętach. Ale emocje! Pada deszcz, a pomimo tego ja mam na ustach szeroki uśmiech :)

Zjazd z Dreisprachenspitze - widok w stronę Passo Umbrail i Bocchetta di Forcola. Zwróćcie uwagę na ścieżkę w lewym dolnym rogu :)

Bliżej Passo Umbrail teren się wypłaszcza i moja ścieżka prowadzi dalej już prosto i łatwo do leżącej na wysokości 2502 m npm przełęczy.

Zjazd z Dreisprachenspitze - widok w kierunku północnym na Val Muraunza

Deszcz teraz już tylko lekko mży. Niebo jest jednak nadal zasnute ciemnymi, szarymi chmurami i to najbardziej właśnie od tej strony, w którą mamy jechać, czyli od Bormio. Zastanawiam się co robić. Jeśli miałoby padać, to nie ma co pchać się przez góry, trzeba byłoby zjechać drogą do doliny, do Bormio. Ale zrezygnować z Bocchetta di Forcola? To byłaby katastrofa! Tyle się o tym miejscu naczytałem... Obok Val d'Uina miała to być druga największa atrakcja całej wyprawy... Nie, tylko nie to! No i zmarnować tyle wysokości zjeżdżając nudną drogą asfaltową? To już lepiej byłoby gdzieś tutaj zanocować, przeczekać...

Zaczęło padać...

W pełnym rynsztunku bojowym :)

Zaczynam kombinować czy nie ma tu jakiegoś albergo. Tak się składa, że akurat jest. Jednogwiazdkowy hotelik Albergo IV Cantoniera. Przenocować można, tylko że problem jest, jak się okazuje, z jedzeniem, bo akurat kuchnia jest w remoncie (gospodarz, pokazując przy tym na migi jakby korzystał z młota pneumatycznego, wytłumaczył mi, że "dudududu" i dlatego kuchnia jest nieczynna ;)

Wypiliśmy więc tylko cappuccino i posiedzieliśmy z godzinkę czekając co się wyklaruje z tą pogodą. W międzyczasie nasz problem sam się rozwiązał, bo (chyba jako kolejny dowód na to jak szybko w górach zmienia się pogoda) wyszło słońce, a niebo znowu zrobiło się błękitniejsze. Wobec tego ruszamy dalej, na Bocchetta di Forcola!

Jedziemy trawersującym zbocze, bardzo przyjemnym singletrackiem. Cały czas jesteśmy na dużej wysokości, więc towarzyszą nam znakomite widoki na leżącą pod nami dolinę Valle del Braulio, dwie przełęcze, z których przyjechaliśmy (Passo dello Stelvio i Passo Umbrail) i królujący na horyzoncie potężny, ośnieżony wierzchołek Ortlera.

Wyruszamy z Passo Umbrail w kierunku Bocchetta di Forcola

Spojrzenie wstecz na Passo Umbrail i Passo dello Stelvio

W drodze na Bocchetta di Forcola - widok na Val del Braulio i drogę do Bormio

Ścieżka faluje prowadząc to płasko, to kawałek się wznosząc, generalnie cały czas lekko do góry. Przy dobrej technice jest niemal w całości przejezdna.

Na Bocchetta di Forcola prowadzi znakomity singletrack

Ścieżka jest niemal w całości przejezdna

Chwila odpoczynku przed podejściem na Bocchetta di Forcola

Dopiero ostatni odcinek, tuż przed samą przełęczą Bocchetta di Forcola jest na tyle stromy, że zmusza nas do zejścia z rowerów. Po jakichś 15 minutach pchania docieramy do przełęczy. Tam czeka nas oczywiście kolejna porcja wspaniałych wrażeń widokowych. Góry są tutaj cudownie bezludne, spokojne i ciche, a zarazem potężne i budzące respekt.

Widok z przełęczy Bocchetta di Forcola

Bocchetta di Forcola (2768 m npm)

Rozpoczynamy zjazd z Bocchetta di Forcola

Podczas I wojny światowej, między Dreisprachenspitze a Bocchetta di Forcola przebiegała linia frontu. Przez trzy i pół roku trwały tutaj walki pomiędzy włoskimi Alpini a tyrolskimi Kaiserschützen. Do dzisiaj ponurymi pozostałościami po tych walkach są bunkry z maleńkimi otworami strzelniczymi, czy kupa różnego żelastwa, które kiedyś było armatą czy jakąś tam amunicją... Dużo przyjemniejszą z naszego, tzn. bikerów, punktu widzenia pozostałością po I wojnie światowej jest sieć znakomitych dróg, które zostały wówczas wybudowane dla celów zaopatrywania wojsk. Dzisiaj, częściowo uległe erozji przekształciły się niekiedy w ścieżki, trochę zarosły trawą, ale niemal wszystkie znakomicie nadają się do jazdy na rowerze.

Po chwili odpoczynku ruszamy w dół. Prowadzi nas kolejna w dniu dzisiejszym, znakomita, wijąca się serpentynami ścieżka. Zjazd jest pyszny i aż chciałoby się żeby trwał dłużej. Około 130 metrów niżej, na rozwidleniu, moje notatki wyraźnie jednak nakazują opuścić tą znakomitą, prowadzącą dalej w dół, przez dolinę Valle Forcola ścieżkę i wybrać lewą odnogę wiodącą pod górę, na Bocchetta di Pedenolo. Trochę mi to nie w smak, bo któż dobrowolnie opuszcza taki fantastyczny singletrack, ale wiem że trzeba to zrobić by dostać się do miejsca, które jak się później okazaże jeszcze długo będzie mi się śniło po nocach... :)

Z Bocchetta di Forcola zjazd prowadzi znakomitą, wijącą się serpentynami ścieżką

Zjazd jest pyszny i aż chciałoby się żeby trwał dłużej

Droga, która tam prowadzi pochodzi z czasów I wojny światowej i jest już dosyć sfatygowana. Miejscami jest jeszcze drogą, miejscami to już tylko ścieżką, a jeszcze gdzie indziej tak zarosła trawą, że prawie już jej nie widać. Poruszamy się łagodnym płaskowyżem.

Na Bocchetta di Pedenolo prowadzi droga z czasów I wojny światowej

Jest pod górę, ale nie za stromo, więc generalnie da się jechać. Albo raczej: "dałoby się jechać" gdyby nie to, że w nogach czujemy już trudy dzisiejszych podjazdów. Za nami co prawda dopiero niecałe 30km, ale ze 25 z nich prowadziło pod górę, a poza tym na tej wysokości (cały czas powyżej 2600-2700 m npm) wcale nie jest już tak łatwo drałować pod górę i jakoś szybciej dostaje się zadyszki. Zwłaszcza jak się jeszcze ma na grzbiecie 7-kilowy plecak... Tu i ówdzie, gdy robi się stromiej, pozwalamy sobie więc na zejście z roweru.

Na siodle pomiędzy dwoma grzbietami górskimi (Bocchetta di Pedenolo) docieramy do wyraźnej drogi szutrowej. Teraz będzie już tylko w dół.

Bocchetta di Pedenolo (2762 m npm)

Zjeżdżamy świetną szutrówką z czasów I wojny światowej

Droga trochę zarosła trawą, ale poza tym jest w znakomitym stanie

Zjeżdżamy świetną szutrówką, znowu z czasów I wojny światowej. Droga trochę zarosła trawą, ale poza tym jest w znakomitym stanie. Jak na tak dużą wysokość, ukształtowanie terenu jest tutaj zaskakująco łagodne. Jest to wysokogórska hala, wokół jest zielono, a zbocze opada niezbyt stromo. Poza tym, jest tu zupełnie pusto i cicho. Odnosi się wrażenie, że oprócz nas nie ma tutaj żywej duszy. Spokój tego miejsca jest wszechogarniający.

Zjeżdżamy świetną, wijącą się wieloma serpentynami drogą...

...pochodzącą z czasów I wojny światowej

Jak na tak dużą wysokość, ukształtowanie terenu jest tutaj zaskakująco łagodne

Zjeżdżamy bez pośpiechu, co chwilę przystając by zrobić zdjęcia i wchłonąć atmosferę tego szczególnego miejsca.

Kawałek dalej sceneria ulega jednak zasadniczej zmianie. Wygodna droga doprowadza nas do czegoś co wygląda niemalże jak urwisko. Bardzo łagodnie dotąd opadające zbocze w tym miejscu załamuje się i zaczyna schodzić niemal pionowo w dół. Głęboko pod nami, 300 metrów niżej, dnem doliny płynie sobie rzeka, widać też wąziutką z tej wysokości nitkę drogi. Dolina wcina się niewiarygodnie głęboko pomiędzy otaczające ją zbocza. W pierwszej chwili trudno sobie wyobrazić w jaki sposób (nie mając spadochronu ;) można się stąd dostać na dół...

Wygodna droga doprowadza do czegoś co wygląda niemalże jak urwisko

Prowadząca nas droga staje się coraz węższa i węższa, by w końcu przerodzić się w skromną ścieżynkę. Zgrabnie lawirując niezliczonymi serpentynami, sprowadza nas ona po stromym, niemal pionowym zboczu w dół.

Ścieżka jest w znakomitym stanie – żadnych kamieni czy skał, tylko fajny, drobny żwirek pod kołami. Zjazd jest niebywale płynny, ma wprost nieskończone ilości flow. Pomimo świadomości, że na tym stromym zboczu upadek skończyć by się musiał co najmniej kilkudziesięciometrową niekontrolowaną obsuwą, nie potrafię sobie odmówić przyjemności pokonania wszystkich ciasnych nawrotów bez zsiadania z roweru.

Głęboko pod nami, 300 metrów niżej, dnem doliny płynie rzeka

Ścieżka wije się niezliczonymi serpentynami

Patrząc obiektywnie, zjazd nie jest jakoś szczególnie trudny technicznie, choć wymaga silnych nerwów i pewnej ręki przy składaniu się w zakręty. Ścieżka jest w 100% przejezdna i zapewnia potężną dawkę radości z jazdy. Do tego ta niesamowita sceneria potężnych, surowych gór... To właśnie dla takich chwil się żyje :) Jazda wprowadza mnie niemal w trans i doprowadza do euforii. Ta ścieżka to jest marzenie! To właśnie jest dla mnie definicja holy trail!

Beata trochę zostaje w tyle. Nie chcąc bezproduktywnie tracić czasu czekając na nią, kilka razy zawracam i podjeżdżam z powrotem do góry, by najciekawsze fragmenty zjechać sobie jeszcze raz :)

Ścieżka jest w 100% przejezdna i zapewnia potężną dawkę radości z jazdy

Ta ścieżka to jest marzenie! To właśnie jest dla mnie definicja holy trail!

Genialny singletrack sprowadza na dno doliny Valle di Forcola

Genialny singletrack w końcu sprowadza nas na dno doliny Valle di Forcola. Stąd, już zwykłą szutrówką, zjeżdżamy jeszcze 2 czy 3 km nad zaporę spiętrzającą wody sztucznego jeziora Lago di Cancano.

Jest już dość późno, więc siadając nad jeziorem wyciągam komórkę oraz przygotowany przed wyjazdem wydruk z numerami telefonów hoteli i pensjonatów i zabieram się za zorganizowanie noclegu. Nieco drżącym głosem (bo to pierwszy raz, kiedy w warunkach typowo bojowych mam okazję wypróbować swoją znajomość włoskiego) mówię, że szukam noclegu dla dwóch osób, pytam o wolny pokój i o cenę. Pomimo drobnych trudności z wysłowieniem się, po trzech czy czterech telefonach misja zostaje zakończona sukcesem :) Pewnie, że można było zagadać po angielsku, ale przecież nie po to przez cały rok uczyłem się włoskiego, by teraz się z nim czaić... ;)

Lżejsi na duchu, że nie będziemy musieli spędzić tej nocy pod gołym niebem ruszamy w dalszą drogę, w kierunku Bormio. Przez chwilę jedziemy po płaskim, mijamy jeszcze jedno jeziorko, Lago delle Scale i dojeżdżamy do Torri di Fraele. To dość charakterystyczne miejsce – wąski przesmyk pomiędzy grzbietami górskimi otaczającymi dolinę, z której przyjechaliśmy. Pomimo późnej pory zatrzymujemy się tu na chwilę, ponieważ roztacza się stąd znakomity widok na leżące poniżej doliny Valdidentro, Val Viola, Valdisotto, jak i na samo Bormio. Bardzo dobrze widać stąd także prowadzącą licznymi serpentynami w dół drogę, którą za chwilę będziemy zjeżdżać.

Widok z Torri di Fraele w stronę doliny Val Viola Bormina

Przed nami już tylko długi, 7-kilometrowy zjazd. Szeroka, szutrowa droga opada dosyć łagodnie, więc rekordów szybkości pobić się tutaj nie da. Pięćdziesiąt, pięćdziesiąt kilka kilometrów na godzinę to wszystko co się da wycisnąć.

Droga sprowadza nas do położonych na dnie doliny miejscowości. Nie jedziemy jednak do samego Bormio, lecz zatrzymujemy się jakieś 3 km wcześniej, w Premadio. Po krótkich poszukiwaniach odnajdujemy zarezerwowany godzinę wcześniej hotelik. Rozlokowujemy się w dość prostym, choć przytulnym, wykończonym w drewnie pokoju.

Jest już dość późno, po w pół do dziewiątej, powoli zaczyna zapadać zmrok. Ponieważ przez cały dzień nic konkretnego nie jedliśmy, zbieramy się do wypadu w poszukiwaniu pożywienia. Zagadnięta o radę właścicielka hotelu, młoda, bardzo sympatyczna pani o imieniu Francesca poleciła nam by pojechać do Bormio. Zorientowawszy się, że mam lekkie problemy z wysłowieniem się po włosku, zaczęła mówić do mnie po angielsku, ale wytłumaczyłem jej grzecznie, że owszem, mówię po angielsku, ale chcę rozmawiać po włosku, ponieważ uczyłem się tego języka i chcę go teraz poćwiczyć. Roześmiała się i dalej rozmawialiśmy już tylko po włosku. Starała się mówić bardzo wyraźnie i powoli, tak że świetnie mi się z nią rozmawiało i wykorzystałem tą okazję na maksa :)

Wieczór spędzamy w pobliskim Bormio. Jako że jesteśmy we Włoszech, na kolację musi być pizza – a właściwie to były trzy pizze na dwie osoby :) Potem jeszcze spacer po uliczkach Bormio i wreszcie przed północą, zmęczeni padamy do łóżek.

Dzień był ciężki, ale wspaniały i pełen wrażeń. Siedząc w ciepły wieczór na tarasie pizzerii w Bormio patrzyłem w usiane gwiazdami niebo i byłem tak szczęśliwy, że miałem ochotę śpiewać...

Dalej...