Strona główna Relacje z wypraw: Transalp 2005 Etap 4: Vinschgau - Furkelhütte (2153m) - Trafoi
Etap 4: Vinschgau - Furkelhütte (2153m) - Trafoi

piątek, 15 lipca 2005

Po trzech dniach pełnych wrażeń, czwarty etap wyprawy zapowiadał się raczej niepozornie.

Tego dnia na trasie nie miało być ani spektakularnych miejsc jak kanion Val d'Uina, ani żadnej efektownej przełęczy, a najwyżej położone miejsce na trasie etapu to "tylko" 2153 m npm. I taki właśnie ten czwarty etap był – bez fajerwerków, co jednak nie znaczy, że był nudny. Był to kolejny udany dzień w pięknych górach.

Do Trafoi, które było celem tego etapu, z Laatsch szosą jest raptem ciut ponad 20 kilometrów i około 600 metrów różnicy poziomów. Ale przecież nie po to przyjechaliśmy w Alpy, żeby jeździć po nich ruchliwymi, asfaltowymi drogami. Wybrałem więc wariant górski, prawie dwa razy dłuższy, a także nadkładający wysokości do zdobycia. Trasa tego etapu różniła się od trzech poprzednich również tym, że nie składała się z jednego bardzo długiego podjazdu, po którym następował równie długi zjazd, lecz z dwóch średnio długich podjazdów rozdzielonych zjazdem.

Ale po kolei. Dzień budzi nas znowu pięknym słońcem. Zapowiada się, że będzie upał. Dzisiejszy etap jest krótki, więc nie spieszymy się specjalnie z wyruszeniem w drogę i przy śniadaniu ucinamy sobie pogawędkę z naszą gospodynią. Starsza pani, pochwalona przeze mnie za pyszną surową szynkę, którą podała nam do śniadania, staje się bardzo rozmowna. Szynka (zwana tutaj Speck) okazuje się być domowej roboty (tak myślałem – dlatego ją pochwaliłem), a sympatyczna starsza pani to była sportsmenka.

O 9:30 ruszamy w drogę. Pierwsze kilometry pokonujemy asfaltową dróżką rowerową dnem doliny Vinschgau (lub jak kto woli po włosku Val Venosta). Początkowo droga prowadzi leciutko w dół, później od Glurns do Lichtenberg bardzo łagodnie do góry. Po niecałych 7 kilometrach takiej przygrywki robi się w końcu konkretnie. Podjazd na polanę Schartalpe ciągnie się przez 8 i pół kilometra, podczas których jest do pokonania 880 metrów różnicy poziomów. Na początku droga jest jeszcze asfaltowa i wznosi się stromo do góry. Nachylenie wynosi około 12%. Jest kilkanaście minut po dziesiątej, ale już o tej porze słońce grzeje bardzo mocno, więc z ulgą witamy cień gdy droga wprowadza do lasu. Asfalt się kończy i przechodzi w szuter, stromizna na szczęście trochę maleje. Cały podjazd prowadzi bardzo równomiernie do góry i ma stałe nachylenie w granicach 9%. Jedziemy teraz cały czas przez las, co z jednej strony ma tą zaletę, że jest cień, a z drugiej wadę, że nie ma żadnych widoków i jazda szybko staje się nużąca. Podjazd ciągnie się nam więc w subiektywnym odczuciu bardzo długo.

Dodatkowym problemem tego upalnego dnia jest brak wody. Oboje mamy tylko po jednym bidonie 0,75 l. – w naszych rowerach jest miejsce tylko na jeden bidon, natomiast camelbaków nie braliśmy by nie dociążać jeszcze bardziej plecaków. W poprzednie dni nie stanowiło to najmniejszego problemu – we wszystkich dolinach, przez które jechaliśmy płynęły górskie potoki z krystalicznie czystą wodą i można było niemalże w dowolnym momencie uzupełnić jej zapasy. Jednak na zboczu, którym się poruszamy dzisiaj, strumyczka niestety ani widu, ani słychu.

Wreszcie dojeżdżamy do położonej na wysokości 1829 m npm polany Schartalpe. Na polanie pasą się krowy, wnioskuję więc, że musi tu być też woda. Po chwili poszukiwań odnajduję wprawdzie pojnik, ale wody w nim nie ma... Widoków też nadal żadnych nie ma, bo polana otoczona jest ze wszystkich stron lasem. Nie zatrzymując się tutaj na dłużej ruszamy więc w dół. Po 2 km przyjemnego zjazdu szutrówką dojeżdżamy do rozległej polany z pięknym widokiem i zachęcającymi do odpoczynku ławeczkami. Jest też pojnik dla krów, a w nim upragniona woda.

Polana poniżej hali Schartalpe, widok na dolinę Trafoiertal

Robimy sobie więc w tym miejscu ponad półgodzinny popas, wcinamy zabrane ze śniadania kanapki ze speckiem i obserwujemy z rozbawieniem jak rolnik wspomagany przez psa ściga po całej łące niesforną krowę. Jest gorąco, upalnie, mój termometr pokazuje w cieniu 33 stopnie, a wystawiony na słońce nawet 40.

Piknik na polance nieco poniżej hali Schartalpe

Po tym odpoczynku kontynuujemy zjazd. Jedziemy jeszcze 3 km w dół drogą najpierw szutrową, później asfaltową. Obniżamy się do poziomu 1480 m npm, by dojechawszy do pierwszych, najwyżej położonych zabudowań miejscowości Stilfs odbić znowu do góry, w drogę prowadzącą w kierunku schroniska Furkelhütte.

Droga jest początkowo asfaltowa, później szutrowa i wznosi się znów bardzo równomiernie. Nachylenie jest dość rozsądne, w granicach 9%. Ta druga w dzisiejszym dniu część podjazdu liczy 8,2 km długości. Do zdobycia mamy kolejne 700 metrów wysokości. Jedziemy trochę w słońcu, trochę w cieniu. Tam gdzie droga prowadzi w otwartym terenie pojawiają się widoki. Obiektywnie ujmując są zupełnie niezłe, ale my rozpieszczeni tym, co widzieliśmy w poprzednich dniach specjalnie się nimi już nie zachwycamy.

Między Stilfs a schroniskiem Furkelhütte

Podjazd jest więc raczej monotonny, a ja zaczynam coraz bardziej wiercić się na siodełku, szukając takiej części d..y na której byłbym w stanie jeszcze usiedzieć. Po czterech dniach jazdy po górach problemem okazuje się być wcale nie kondycja ani bolący od ciężaru ponad 7-kilogramowego plecaka kręgosłup, lecz właśnie ta część ciała, która ma bezpośredni kontakt z siodełkiem.

Ostatnie kilkaset metrów przed leżącym u szczytu podjazdu, na wysokości 2153 m npm schroniskiem Furkelhütte droga robi się naprawdę stroma. Zmuszam się jednak do wysiłku by pokonać również i ten odcinek na rowerze, a nie obok niego. Z tarasu schroniska roztacza się znakomity widok na potężny, ośnieżony masyw liczącego 3905m Ortlera. Ten spowity w coraz ciemniejszych chmurach imponujący szczyt wydaje się być stąd wprost na wyciągnięcie ręki.

Ortler (3905m)

Trudy dzisiejszego etapu już prawie za nami. Teraz pozostał nam już tylko zjazd do położonej 600 metrów niżej miejscowości Trafoi. Przy schronisku robimy sobie więc dłuższy odpoczynek. Popijając cappuccino nie zwracamy uwagi, że niebo zasnuwa się coraz ciemniejszymi chmurami. Z błogiej nieświadomości wyrywa nas dopiero dobiegający z oddali złowrogi grzmot. O cholera, burza idzie, trzeba zmykać! Spoglądam na zegarek – dochodzi piąta. Czyli wszystko się zgadza. W takie upalne i duszne dni, po południu lubi być burza, a z doświadczenia wiem, że w górach 17:00 to taka właśnie tradycyjna pora na burzę...

Szybciutko się więc zbieramy i ruszamy w dół, by dotrzeć do Trafoi zanim zacznie padać. Zjeżdżamy najpierw przyjemną leśną drogą, potem zjazd prowadzi prosto w dół wzdłuż stoku narciarskiego. A trasy narciarskie, jak wiadomo, najczęściej bywają strome. Taka też jest i ta – szeroka droga prowadzi brutalnie stromo w dół. Beata wybiera opcję wolniejszą, ale i bezpieczniejszą, czyli na piechotę. Na szczęście, dobiegającym od czasu do czasu złowrogim pomrukom nie towarzyszy na razie deszcz.

Po kilkuset metrach strzałki oznaczające szlak prowadzący do Trafoi kierują nas na ścieżkę w las. Nie wiem czy ten singletrack będzie przejezdny, ale jazda cały czas stromym stokiem narciarskim nie jest zbytnio kuszącą alternatywą, zatem wybieram ścieżkę. Okazuje się to być trafną decyzją. Wąska ścieżka wije się przez las, niezbyt stromo w dół. Fantastyczny zjazd wyczarowuje na mojej twarzy bardzo szeroki uśmiech. Dojeżdżamy do Trafoi. W międzyczasie przestało grzmieć. Burza przeszła więc bokiem :)

Trafoi to maleńkie miasteczko położone przy drodze prowadzącej do przełęczy Stilfserjoch (względnie Passo dello Stelvio w wersji włoskiej). Cała miejscowość składa się raptem z kilkunastu budynków, z których pewnie z 80% stanowią hotele i pensjonaty. Jeden z nich wybieramy na miejsce dzisiejszego noclegu. Widok z okna naszego pokoju jest – musicie przyznać – imponujący :)

Trafoi, widok z okna naszego pensjonatu na masyw Ortlera

Dalej...